Propaganda komunistyczna wobec powojennego podziemia niepodległościowego była jedną z najdłuższych i najbardziej konsekwentnych kampanii oszczerstw w historii Polski. Zrodziła się z potrzeby legitymizacji systemu narzuconego siłą i od początku miała cel polityczny: zdusić pamięć o tych, którzy nie pogodzili się z utratą suwerenności i nadal walczyli – najpierw o przetrwanie, później o prawo do prawdy o własnym państwie. Żołnierze Wyklęci, przez lata nazywani bandytami i wrogami ludu, w istocie stanowili ostatni akt polskiej epopei XX wieku, w którym duch niepodległości mierzył się z imperium propagandy, służb i pokazowych sądów. Ich historia to równocześnie opowieść o zaradności podziemia, o etosie służby, o solidarności wiejskich społeczności, o heroizmie kobiet i mężczyzn, którzy w imię wartości przedłożyli ryzyko nad wygodę i własne bezpieczeństwo.

Dziedzictwo powojennej konspiracji i narodziny czarnej legendy

U schyłku II wojny światowej wielu żołnierzy armii konspiracyjnej, której osią była Armia Krajowa, stanęło wobec dramatycznego wyboru. Rozformowane struktury AK, zmiana zwierzchnictwa władzy, obecność Armii Czerwonej i aparatu NKWD nie oznaczały upragnionego pokoju. Szybko okazało się, że nowy porządek polityczny wyklucza kompromis: aresztowania, wywózki, likwidacja struktur Polskiego Państwa Podziemnego i narastająca presja ideologiczna w szkołach, prasie i miejscach pracy tworzyły rzeczywistość, w której dotychczasowi żołnierze stawali się obiektem polowania. W tym klimacie rodziły się oddziały, które – rozsiane po kraju – miały różną skalę, strukturę i taktykę. Łączyło je jedno: przeświadczenie, że Polska nie jest wolna, oraz wewnętrzny obowiązek sprzeciwu wobec bezprawia.

Z chwilą, gdy władza ludowa zaczęła budować swoją narrację, konspiracja antykomunistyczna została zepchnięta w cień i zdefiniowana jako piętno. Zamiast żołnierzy – bandyci; zamiast walki o niepodległość – rzekoma dywersja na rzecz imperializmu; zamiast społecznego poparcia – groza i tyranizowanie wsi. Taki był fundament czarnej legendy, która miała oddzielić Polaków od własnych bohaterów, i zarazem zasłonić genezę przemocy państwa wobec obywateli. Warto pamiętać, że mimo różnorodności form podziemia po 1944 roku, trzon stanowili ludzie doświadczeni przez wojnę, którzy kierowali się kodeksem służby, a nie zarobkiem czy żądzą odwetu.

To, co dziś podkreślamy jako moralne jądro tej postawy, jest zaskakująco proste. Rozsiane po lasach oddziały broniły lokalnych społeczności przed rabunkami, dążyły do ochrony informatorów, przeciwdziałały fałszywym rekwizycjom i poborom, a nade wszystko – starały się przetrwać w warunkach ciągłej infiltracji. Raz uderzały w aparaty przemocy, innym razem w symboliczne filary reżimu. Ich decyzje rodziły się nie na salonach, lecz w kryjówkach, leśnych ziemiankach, na strychach domów, w konspiracyjnych melinach, pod ciągłą groźbą obław i denuncjacji.

Mechanizmy propagandy komunistycznej: jak wytwarzano wroga

Propaganda była dla reżimu narzędziem nie tylko opisu rzeczywistości, ale jej aktywnego kształtowania. Terminologia, obrazy i scenariusze wykorzystywane przez urzędowe media i szkolnictwo miały spójnie i konsekwentnie delegitymizować przeciwnika. Aparat władzy posługiwał się tu metodami, które z perspektywy czasu można zrekonstruować niemal jak instrukcję.

  • Etykietowanie i dehumanizacja: konsekwentne używanie słów bandyta, faszysta, zapluty karzeł reakcji, które miały obniżyć status przeciwnika i wyprzeć z debaty nawet cień uznania dla motywacji politycznej.
  • Stereotypizacja: tworzenie ujednoliconego obrazu podziemia jako rzekomo jednorodnego tworu żądnego krwi i łupów, bez podziału na oddziały, formacje, czy realne cele polityczne.
  • Operacje pod fałszywą flagą: wykorzystywanie grup agenturalnych do działań kompromitujących, a następnie przypisywanie ich konsekwencji Żołnierzom Wyklętym.
  • Sądy pokazowe i erzac-procesy: budowanie medialnych widowisk, w których z góry wyznaczony werdykt spinał opowieść o rzekomej zbrodni.
  • Kontrola pamięci lokalnej: wymuszanie zeznań, naciski na sołtysów, proboszczów i nauczycieli, aby publicznie „odcinali się” od podziemia, często połączone z nagłaśnianiem fikcyjnych deklaracji.
  • Psychoza strachu: wzmacnianie wrażenia wszechmocy aparatu przez pokazowe obławy, patrole KBW i publiczne pokazy broni oraz rekwizytów rzekomo zdobytych w „bandyckich kryjówkach”.
  • Dyskredytacja na forum międzynarodowym: przesyłanie spreparowanych raportów do zagranicznych mediów lewicowych i organizacji społecznych, przedstawiających podziemie jako pachołków imperializmu.

Na poziomie instytucjonalnym działał tu pełen aparat państwa: Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, Informacja Wojskowa, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, sądy wojskowe, prokuratura oraz cenzura. Udramatyzowane relacje w Trybunie Ludu czy Biuletynach Informacyjnych MO były synchronizowane z wystąpieniami polityków i akcjami terenowymi. Tworzyło to zamknięty obieg, w którym teza i dowód nawzajem się potwierdzały – a obywatel najczęściej nie miał szansy dotrzeć do źródła.

Język i obrazy: podręczniki, gazety, kroniki filmowe

Opresyjny charakter propagandy najlepiej widać w codziennych komunikatach. Od elementarzy po szkolne atlasy historii najnowszej wprowadzano uproszczone opisy „walki o utrwalenie władzy ludowej”, a wszystko, co tę walkę kwestionowało, opisywano jako sabotaż. W kronikach filmowych powtarzano ujęcia zdobytych karabinów, skrzyń z amunicją, przechwyconych paczek – bez dat, bez kontekstu, zawsze z identycznym komentarzem lektora. Zdjęcia aresztowanych pokazywano po uprzednim upokorzeniu – z brudem na twarzy, w zniszczonych ubraniach – na zasadzie wizualnej dehumanizacji. Z kolei reportaże miały wypełniać widza poczuciem zagrożenia: oto niewidzialny wróg czai się za miedzą, lecz czujne państwo czuwa i w porę uderza.

Prasa codzienna, tygodniki kulturalne i audycje radiowe wpisywały się w schemat pedagogiki strachu i pogardy. Żadnego złożonego sporu, żadnej realnej debaty: tylko linia frontu, po której stronie trzeba było stanąć. Pisarze i publicyści podatni na nacisk ideologiczny, a czasem zwyczajnie pragnący kariery, powielali schemat „złego lasu” – przestrzeni domyślnie wrogiej, brudnej, irracjonalnej. Tak rodziła się opowieść, w której bohaterstwo zostało wyrzucone z języka, a przetrwały jedynie etykiety.

Świadectwa odwagi: sylwetki i epizody

Pomimo tej nawały kłamstw i półprawd, biografie wielu żołnierzy mówią same za siebie. Zygmunt Szendzielarz ps. Łupaszka, oficer o żelaznej dyscyplinie i nieprzeciętnym talencie dowódczym, budował oddziały ruchliwe, unikające bezsensownego przelewu krwi. Hieronim Dekutowski ps. Zapora, cichociemny, łączył doświadczenie okupacyjne z wybitną umiejętnością działań dywersyjnych; jego proces pokazowy był podręcznikowym przykładem nadużyć. Danuta Siedzikówna ps. Inka – sanitariuszka, której młodość i wierność przysiędze stały się symbolem tego, co propaganda chciała zniszczyć najbardziej: moralnej jasności w świecie przemocy. Józef Franczak ps. Lalek, ostatni z bronią w ręku, trwał do 1963 roku, a jego śmierć dokumentuje długie trwanie powojennego sporu o kształt polskiego państwa. Stanisław Sojczyński ps. Warszyc zbudował Konspiracyjne Wojsko Polskie, które w regionie łódzkim i częstochowskim tworzyło realne przeciwwagi dla bezprawia – aż do momentu, gdy aparat służb rozbił strukturę serią aresztowań.

Warto przypomnieć także bitwę pod Kuryłówką (maj 1945), gdy oddziały Narodowego Zjednoczenia Wojskowego rozbiły zgrupowanie NKWD. Ten epizod, niemal całkiem wymazany z podręczników epoki, świadczy, że nie chodziło o utopię zbrojnego oporu, lecz o realną, miejscami skuteczną obronę ludzi i domów przed represjami. W skali lokalnej takie historie działały jak akumulator pamięci: pokazywały, że nawet w beznadziei można zachować kręgosłup i podjąć ryzyko działania.

Nie mniej ważne są losy anonimowych. Kurierzy, kolporterzy, łączniczki. Ludzie, którzy przenosili meldunki, zaopatrywali oddziały w żywność, ukrywali rannych, a w razie obławy przyjmowali na siebie pierwsze uderzenie. Gdy czyta się ich wspomnienia, uderza skupienie na rzeczach podstawowych: bezpieczeństwo rodziny, ochrona sąsiadów, dochowanie tajemnicy, trwanie przy słowie danym żołnierzom. Tego domu nikt nie obroni – mówili – jeśli my tego nie zrobimy.

Operacje specjalne i prowokacje: między terrorem a mistyfikacją

Szczególnym narzędziem walki z podziemiem była inżynieria operacyjna bezpieki. Najsłynniejsza prowokacja – Operacja Cezary – polegała na utworzeniu przez funkcjonariuszy MBP fikcyjnego kierownictwa WiN (tzw. V Zarządu), które miało wchłonąć resztki realnych struktur oraz sterować kontaktami z Zachodem. Dzięki mieszance szantażu, podszywania się i złamanych ludzi służby doprowadziły do wielu aresztowań, kompromitacji oraz przejęcia kanałów łączności. W wymiarze propagandowym był to skarb: przekaz o „zdemaskowanych agentach” płynął szerokim strumieniem i cementował obraz podziemia jako narzędzia obcych.

Obok prowokacji istniał system amnestii – 1947 i 1956 – które miały rozładowywać napięcie, a zarazem zbierać informacje. Wielu żołnierzy wyszło z lasu, licząc na normalność; część trafiła po krótkim czasie z powrotem w tryby represji. Media wykorzystywały te historie selektywnie: ci, którzy złożyli broń, przedstawiani byli jako „nawróceni”, a ci, którzy trwali – jako fanatycy i mordercy. Taki schemat dawał władzy wygodę moralnej wyższości i czynił z obywateli widzów w spektaklu resocjalizacji.

Dopełnieniem były procesy sądowe prowadzone w trybie doraźnym. Śledztwa opierały się na przemocy, zeznania wymuszano, a adwokaci często pełnili rolę statystów. Wyroki – wieloletnie, a nierzadko śmierć – wykonywano w milczeniu, bez informacji dla rodzin, z tajnymi pochówkami. Nawet tutaj propaganda miała coś do zrobienia: podrzucała w prasie „wyznania skruchy”, montowała fragmenty protokołów, kreowała fałszywą narrację pojednania. A jednak, mimo tej machiny, pamięć o rozstrzelanych przenikała przez mur lęku – w imionach szeptanych w kościołach, w zwyczaju zapalonych świec na bezimiennych mogiłach, w trwaniu rodzin przy nazwiskach, których oficjalna Polska miała nigdy nie wypowiedzieć.

Moralny rdzeń sporu: wartości silniejsze niż przemoc

Nawet jeśli historia Żołnierzy Wyklętych bywa przedstawiana jako spór o taktykę, jej rdzeń jest moralny. Na tej osi zawiera się to, czego propaganda wymazać nie potrafiła: przekonanie, że państwo bez prawa i bez prawdy staje się tylko administracją przemocy. Gdy patrzymy na życiorysy Wyklętych, widzimy ludzi o różnym temperamencie i różnych pomysłach na działanie – łączy ich jednak język wartości, który jest zdolny podtrzymać wspólnotę w czasach zamętu.

Właśnie te słowa znakomicie streszczają istotę ich postawy: niezłomność, wolność, honor, prawda, odwaga, poświęcenie, suwerenność, godność, sumienie, pamięć. Nie są sloganami. Przekładają się na decyzje o ryzyku, na wybory codzienne, na gotowość, by chronić słabszych i mówić „nie” wtedy, gdy milczenie wydaje się wygodniejsze. I dlatego propaganda tak zaciekle walczyła z językiem – bo zniszczyć słowo to często krok do zniszczenia człowieka i jego obrazu w oczach innych.

Kontrnarracje lokalne: pamięć silniejsza niż afisz

Mimo presji centralnych mediów, w wielu miejscach Polski pamięć o żołnierzach przetrwała w przekazie ustnym, w rodzinnych archiwach, w zapiskach przechowywanych w szufladach. Parafialne kroniki notowały ciche wspomnienia, gospodynie ukrywały dokumenty w podwójnych dnach skrzyń, a nauczyciele – często po cichu – przekazywali uczniom kontekst, który nie mieścił się w programie. Ten rozproszony opór pamięci miał znaczenie fundamentalne: dzięki niemu po latach było do czego wracać. Gdy upadła cenzura, wiele z tych historii ujrzało światło dzienne, a rodziny odzyskiwały nazwiska i miejsca pochówku bliskich.

Wspólnota pamięci nie jest jednak tylko kroniką krzywd. To także katalog dobrych praktyk: tworzenie izby pamięci w szkołach, odtwarzanie medali i orderów, publikowanie dzienników i listów, pielęgnacja miejsc bitew oraz leśnych kryjówek. W tej pracy najczęściej łączą siły samorządy, organizacje pozarządowe, koła gospodyń, strażacy, harcerze. Każdy z tych elementów spaja opowieść, która kiedyś miała zostać definitywnie przerwana.

Demaskowanie propagandy: jak odróżnić źródło od kliszy

Najlepszym antidotum na kłamstwo jest cierpliwa praca ze źródłami. W przypadku historii powojennego podziemia wymaga ona szczególnej uważności, ponieważ wiele dokumentów wytworzyły służby, które jednocześnie były stroną konfliktu. Dlatego badacze porównują akta śledcze z relacjami świadków, analizują rozbieżności w datach, sprawdzają, czy „dowody” nie pochodzą z prowokacji, zestawiają informacje z odpisami wyroków sądowych i listami więźniów, uciekinierów, zesłańców. To praca żmudna, ale konieczna, by wyjść poza refren znany z afiszów.

Ważnym uzupełnieniem są fotografie rodzinne i korespondencja. Zatrzymane w kadrze chwile, niepozowane portrety, odręczne notatki – to wszystko pozwala zobaczyć człowieka, a nie tylko figurę w grze politycznej. W listach czytamy o tęsknocie, strachu o bliskich, radości z urodzin dziecka, o zwyczajnych sprawach dnia codziennego. Ten wymiar człowieczeństwa, starannie wyretuszowany przez propagandę, powraca ze zdwojoną siłą, gdy do głosu dochodzi papier i atrament, a nie tylko nagłówek w gazecie.

Przemoc i odpowiedzialność: trudne przypadki w uczciwym opisie

Każda walka zbrojna niesie ryzyko błędów, nadużyć i dramatycznych sytuacji bez dobrego rozwiązania. Uczciwy opis historii nie pomija przypadków, które wymagają namysłu: starć z ofiarami przypadkowymi, sporów o dyscyplinę, lokalnych konfliktów nakładających się na działania oddziałów. Jednak kluczowe pytanie brzmi, czy incydenty były istotą zjawiska, czy jego marginesem. Propaganda próbowała zamienić margines w normę; praca badacza i pamięć lokalna pozwalają przywracać proporcje. Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że rdzeniem była obrona społeczności i podtrzymywanie etosu państwa – nawet wtedy, gdy państwo istniało już tylko w sumieniach obywateli.

W wielu oddziałach komendanci egzekwowali surowe reguły. Plądrowanie karano, konflikty rozstrzygano według wewnętrznych regulaminów, a świadome działanie na szkodę ludności traktowano jako zdradę celu. Te wewnętrzne mechanizmy samoograniczenia są ważną, często niedocenianą częścią historii podziemia. I znów – im lepsza kwerenda, im więcej źródeł, tym klarowniejszy obraz ludzi, którzy próbowali ocalić twarz w epoce, gdy wiele twarzy zasłaniała maska strachu lub oportunizmu.

Po 1989 roku: od milczenia do uhonorowania

Upadek komunizmu otworzył drogę do przywracania dobrego imienia. Rehabilitacje sądowe, ekshumacje i identyfikacje szczątków, publikacje źródeł – wszystko to złożyło się na proces wychodzenia z długiego tunelu. Ustanowienie Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych (1 marca) nadało temu wysiłkowi wymiar wspólnotowy, wykraczający poza akademicką salę. Nie chodzi w nim o proste odwrócenie znaków propagandy, ale o przywrócenie sensu takim słowom jak ofiara, wierność, odpowiedzialność, a także o odwagę, by mierzyć się z dylematami przeszłości bez lęku, że prawda zaszkodzi mitowi.

Pamięć o Wyklętych wypełnia dziś cmentarze wojenne, nazwy ulic i szkół, repliki sztandarów, publikacje i filmy dokumentalne. Przede wszystkim jednak jest opowieścią o misji, która przekracza czas: o zobowiązaniu wobec tych, którzy – choć często przegrali w sensie militarnym – nie oddali ostatniego bastionu, jakim jest przekonanie, że państwo ma obowiązki wobec obywateli, a nie tylko odwrotnie. Ta perspektywa wychowuje i formuje, uczy ostrożności wobec każdej władzy, która zbyt łatwo posługuje się stygmatyzacją przeciwników.

Dlaczego ta historia wciąż nas obchodzi

Spór o pamięć nie jest wyłącznie sprawą archiwów. To, jak opowiadamy o przeszłości, buduje repertuar społecznych odruchów. Jeśli utrwali się wizja, że za wierność wartościom płaci się wykluczeniem i pogardą, łatwiej będzie pogodzić się z bylejakością życia publicznego. Jeżeli jednak w centrum opowieści stawiamy konsekwencję i odpowiedzialność, rośnie próg wrażliwości na przemoc symboliczną i realną. Żołnierze Wyklęci uczą, że jednostka ma znaczenie, a obywatel może być podmiotem, nawet jeśli całe otoczenie próbuje mu odebrać głos.

W tym sensie zwycięstwo propagandy okazało się krótkotrwałe. Przetrwały słowa, które są silniejsze od etykiet, oraz proste gesty pamięci: tablica na ścianie szkoły, intencja mszalna, książka przekazana wnukowi, pomnik w małym miasteczku. Te znaki łączą przeszłość z teraźniejszością i przyszłością, przypominając, że siła wspólnoty nie tkwi w krzykliwych hasłach, lecz w wierności sprawom, które się nie starzeją.

Zakończenie: propaganda przegrywa z żywą pamięcią

Propaganda komunistyczna była sprawnym narzędziem formowania zbiorowej wyobraźni – lecz nie mogła wygrać z uporem ludzi i trwałością wartości. Żołnierze Wyklęci nie byli postaciami z brązu; byli ludźmi z krwi i kości, podejmującymi decyzje w warunkach, które trudno nam dziś w pełni pojąć. A jednak to właśnie ich konsekwencja, troska o najbliższych, dbałość o honor żołnierski i wiara, że Polska może być domem, a nie tylko administracją, sprawiły, że przetrwali w pamięci mimo dziesięcioleci oszczerstw. Chwaląc ich, nie uciekamy od złożoności – przeciwnie, uznajemy, że wzór siły moralnej nie polega na nieomylności, lecz na zdolności stawania po stronie tego, co słuszne, kiedy koszt jest najwyższy. Tego uczy nas ich historia i dlatego warto ją opowiadać, badać i przechowywać – w archiwach, w rodzinnych opowieściach i w miejscach pamięci, które rozsiane po całej Polsce tworzą żywą mapę wolności.