Historia powojennego podziemia niepodległościowego na wschodzie Polski nie jest martwą kroniką dat i pseudonimów, lecz żywą opowieścią o odwadze i odpowiedzialności, o wyborach trudniejszych niż wszystko, co przyniosły lata okupacji. Na tle kraju szczególnie wyraziście rysuje się mapa oporu na Lubelszczyzna, gdzie gęstwiny lasów, sieć wsi i miasteczek oraz pamięć walk z okupantem niemieckim stworzyły grunt, na którym po 1944 roku rozkwitły struktury powojennej konspiracji. Żołnierze, których dziś określamy mianem Wyklętych, w tym regionie dowiedli, że wierność zasadom nie kończy się wraz z wojną: trwa, gdy trzeba bronić sąsiada przed terrorem, ocalić pamięć i odzyskać prawo do mówienia prawdy. Ich wybory nie były łatwe, ale pełne wiary w sens słów: wolność, honor i patriotyzm.

Lubelszczyzna jako bastion powojennego oporu

Region lubelski był jednym z najważniejszych obszarów aktywności powojennego podziemia. Po pierwsze, przesądziła o tym geografia: rozległe kompleksy leśne, od Lasów Janowskich, przez Puszczę Solską i Lasy Parczewskie po Kozłowieckie, sprzyjały partyzanckiemu sposobowi walki. Po drugie, gęsta sieć konspiracyjna, rozwinięta tu w latach okupacji niemieckiej, pozwoliła szybko odtworzyć łączność, meliny, punkty kontaktowe i zaplecze. Po trzecie – a może najważniejsze – silna lokalna tożsamość i przekonanie, że niepodległość nie jest darem, lecz obowiązkiem.

Gdy po 1944 roku w Lublinie instalowały się nowe władze, aresztowania i represje uderzały w weteranów AK, BCh i innych formacji polskiego podziemia. Odpowiedzią było tworzenie struktur kontynuujących działalność niepodległościową: Delegatura Sił Zbrojnych, a później Wolność i Niezawisłość (WiN) opierały się na dawnych siatkach, wykorzystując doświadczenie kadry i naturalne poparcie społeczne. Na tym tle szczególną rolę odegrały powiaty: lubartowski, puławski, parczewski, kraśnicki, chełmski, tomaszowski i zamojski, gdzie oddziały działały z rozmachem, ale też z wyczuciem miejscowych realiów.

To tutaj codziennością stały się uderzenia na posterunki MO, likwidacja najbardziej brutalnych funkcjonariuszy aparatu terroru, rozbijanie powiatowych urzędów bezpieczeństwa, uwalnianie więźniów i akcje mające ochronić wieś przed rabunkiem i bezprawiem. Nie były to działania przypadkowe – wpisywały się w długofalową strategię podtrzymania społecznego oporu i sygnalizowania, że przemoc nie ma monopolu na rządzenie.

Najbardziej rozpoznawalne postacie i oddziały

Wśród nazwisk, które na trwałe weszły do pamięci regionu, jedno staje się symbolem profesjonalizmu, odwagi i odpowiedzialności za ludzi – Hieronim Dekutowski „Zapora”. Cichociemny, żołnierz Armii Krajowej, po wojnie stanął na czele zgrupowania operującego m.in. na Zamojszczyźnie i w rejonie Lublina. Jego oddziały, zwane Zaporczykami, słynęły z doskonałej dyscypliny, starannego rozpoznania i troski o minimalizowanie strat wśród ludności cywilnej. „Zapora” dbał o etos służby, co przekładało się na zaufanie wśród mieszkańców i skuteczność działań. Schwytany podczas próby przedostania się na Zachód, po brutalnym śledztwie został zamordowany w 1949 roku. Dla Lubelszczyzny pozostał wzorem dowódcy, który nie abdykował z odpowiedzialności, choć wiele dróg było zamkniętych.

Nie sposób pominąć także Zdzisława Brońskiego „Uskok”, którego oddział opierał się władzom komunistycznym przez kilka lat, opierając działania na sieci bunkrów, melin i wsparciu okolicznych wsi. „Uskok” był mistrzem kamuflażu i terenu – jego ludzie potrafili zniknąć w lasach, by kilka dni później pojawić się tam, gdzie przeciwnik najmniej się spodziewał. Zginął otoczony przez bezpiekę, do końca zachowując spokój i wierność towarzyszom broni. W lokalnej pamięci pozostał jako ten, który odrzucił ucieczkę i wybrał odpowiedzialność za własną sieć.

Na północno-zachodnich krańcach regionu działał Marian Bernaciak „Orlik”, postać charyzmatyczna i utalentowana taktycznie. Wiosną i latem 1945 roku jego zgrupowanie rozbiło szereg obław, a jedna z bitew, stoczona w kompleksie leśnym w okolicach Puław, przeszła do legendy podziemia. „Orlik” doskonale rozumiał, że stawką nie jest tylko walka z konkretnym oddziałem przeciwnika, ale utrzymanie morale społeczności i świadomości, że wolna Polska jest blisko – nawet jeśli wymaga długiej drogi.

Na sam koniec pojawia się postać wyjątkowa, symboliczna dla całego kraju, a szczególnie mocno związana z regionem: Józef Franczak „Lalek”, ostatni partyzant podziemia niepodległościowego, który zginął w 1963 roku w okolicach Świdnika. Jego jedenaście lat w ukryciu to historia wierności i determinacji, ale też dowód, jak głęboko w sercach mieszkańców Lubelszczyzny zakorzeniła się potrzeba zachowania suwerenności i pamięci.

Taktyka, konspiracja i codzienność

Partyzancki charakter działań wymuszał mobilność i elastyczność. Oddziały szybko zmieniały rejony postoju, przemieszczały się nocami, wykorzystywały leśne drogi i bezdroża, budowały bunkry – czasem wielokomorowe, z wyjściami awaryjnymi, miejscami na zapasy i łączność. Do tego dochodziła sieć łączniczek i kurierów, którzy przenosili meldunki i rozkazy, znając hasła, sygnały i zasady bezpieczeństwa. Każda wieś miała swoich cichych sprzymierzeńców: gospodarzy, którzy dostarczali żywność, krawcowe, które przerabiały mundury, kowali zaufanych na tyle, by naprawić broń bez zadawania zbędnych pytań.

Codzienność tych ludzi to nie tylko marsze i potyczki. To także ruchome kancelarie, gdzie sporządzano rozkazy i raporty, polowe kaplice i krótkie, ale intensywne momenty świąt – Bożego Narodzenia czy Wielkanocy – obchodzonych w leśnych kryjówkach. Liturgia, wspólny posiłek, odśpiewana pieśń – wszystko to cementowało więź i przypominało sens służby. Taki wysiłek rodził też etos: żołnierze wiedzieli, że działają „w imieniu państwa, które istnieje”, choć pozbawione jest możliwości jawnej obecności.

Ważna była dyscyplina. Dobre oddziały, jak te „Zapory” czy „Uskoka”, kładły nacisk na rozpoznanie oraz szanowanie ludności cywilnej. Pozyskiwanie informacji, fotografowanie dokumentów, nasłuch radiowy, odczytywanie nastrojów – to codzienność. Wielką wagę przywiązywano do dokumentów: każdy meldunek musiał być jasny, każda akcja uzasadniona celem i możliwymi skutkami. W ten sposób opór zyskiwał wymiar moralny, przekraczający incydenty wojskowe.

Bitwy i akcje, które przeszły do legendy

O działaniach na Lubelszczyźnie mówimy jako o sekwencji, w której pojedyncze starcia składają się na obraz długiego marszu. Wśród nich wyróżniają się starcia leśne – gdzie znajomość terenu przesądzała o zwycięstwie – oraz szybkie uderzenia na posterunki i siedziby aparatu represji. Rozbijanie aresztów i uwalnianie więźniów miało wymiar humanitarny i propagandowy, zaś likwidacja najbrutalniejszych funkcjonariuszy – wymiar sprawiedliwości w warunkach, gdy oficjalne instytucje państwa działały wbrew elementarnemu poczuciu prawa.

Jedna z najbardziej znanych bitew po wojnie, stoczona w kompleksach leśnych na skraju ziemi puławskiej, dowiodła, że dobrze przygotowane zgrupowanie potrafi rozbić formacje wyposażone w broń maszynową i wsparte przez jednostki NKWD. W pamięci świadków pozostał huk ognia, sprawność wycofania i chłodny profesjonalizm dowódców, którzy nie pozwolili, by impet zwycięstwa przerodził się w niepotrzebne ryzyko.

Zamojszczyzna zna dziesiątki akcji, w których oddziały „Zapory” i zaprzyjaźnionych dowódców wyszarpywały ludzi z więzień, niszczyły dokumenty represji, odtwarzały poczucie wpływu wspólnoty na własny los. Wschodni skraj regionu – od Chełma po Włodawę – był areną płynnych starć, gdzie szybkie przemarsze i trafne rozpoznanie decydowały o powodzeniu. Każda taka akcja była jednak więcej niż wojskowym starciem: wytwarzała siatkę znaczeń, która mówiła zwykłym ludziom, że nie są sami.

Represje i cena wierności

Siłą opowieści o Wyklętych z Lubelszczyzny jest świadomość ceny, jaką zapłacili. Aresztowania, tortury, publiczne procesy, a także potajemne pochówki – to narzędzia, którymi władza próbowała wymazać pamięć. W Lublinie, Chełmie czy Zamościu budynki urzędów bezpieczeństwa stały się miejscami, gdzie złamano tysiące życiorysów. Mimo to opór nie ustał szybko – trzymały go siatki terenowe, łączniczki, zakonspirowane skrytki, a przede wszystkim morale oparte na przekonaniu, że sprawa jest słuszna.

Wielu żołnierzy, w tym „Zapora” i jego oficerowie, przeszło przez pokazowe procesy. Tam, wśród fałszywych oskarżeń i wymuszonych zeznań, objawiał się jeszcze jeden wymiar ich siły: godność. Słowa ostatnie, przekazywane rodzinom lub towarzyszom, niosły przesłanie nie o porażce, lecz o kontynuacji – w pamięci, wychowaniu, kulturze regionu.

Na wsiach i w miasteczkach, od Puław i Nałęczowa po Biłgoraj i Tomaszów Lubelski, pozostawały puste miejsca przy stołach, fotografie bez podpisów i milczenia, których nie sposób było wypełnić. A jednak te milczenia stały się z czasem glebą, z której wyrastała troska o pamięć: znicze stawiane po kryjomu, białe kwiaty na skraju lasu, modlitwy bez nazwisk – wszystko to składało się na cichy, ale mocny nurt trwania.

Pamięć, edukacja i dziedzictwo

Dziś pamięć o żołnierzach powojennego podziemia jest integralną częścią tożsamości regionu. W rocznice, szczególnie 1 marca, ulice Lublina i miast powiatowych wypełniają się światłem zniczy, a kościoły i szkoły stają się miejscami opowieści o tych, którzy nie odłożyli broni wraz z kapitulacją III Rzeszy. Z roku na rok przybywa tablic i miejsc pamięci – skromnych krzyży na skraju lasów i pomników w centrach miejscowości – przypominających konkretne nazwiska i daty.

Instytucje kultury, stowarzyszenia i szkoły organizują wystawy, lekcje historii w terenie i rajdy śladami oddziałów. Młodzież odwiedza dawne bunkry, uczy się czytać mapy z okresu konspiracji, poznaje codzienne realia życia w lesie. Takie spotkanie z historią – bez pośpiechu, z empatią i ciekawością – wytwarza więź międzypokoleniową. Wiedza przestaje być abstrakcją, staje się opowieścią o realnych ludziach: dowódcach, łączniczkach, sanitariuszkach, wiejskich gospodarzach, którzy ryzykowali wszystko, by utrzymać nić ciągłości państwa i wspólnoty.

Szczególne znaczenie ma przywracanie imion tym, którzy zniknęli bez śladu – prace poszukiwawcze, identyfikacje, nowe pochówki z honorami wojskowymi. Każda odnaleziona mogiła jest jak przywrócony akapit w księdze regionu. Dzięki temu dziedzictwu młodzi ludzie mogą zobaczyć, że odwaga nie jest abstrakcją, lecz praktyką; że słowa wypisywane na sztandarach mają sens, kiedy wciela się je w życie mimo ryzyka.

Lubelska mapa miejsc i śladów

Na Lubelszczyźnie miejsc przypominających o żołnierzach powojennego podziemia jest wiele. Niektóre są niewielkie i ukryte, inne – widoczne i celebrowane. Warto je poznawać z przewodnikiem, ale także na własną rękę, traktując wędrówkę jako formę lekcji historii.

  • Lasy Parczewskie i Kozłowieckie – przestrzeń licznych obozowisk, potyczek i bunkrów, gdzie działali żołnierze WiN i niezależne patrole.
  • Okolice Puław – teren głośnych starć oddziałów „Orlika” i miejsc, gdzie lokalne społeczności wspierały konspirację.
  • Zamojszczyzna – rejon działań „Zaporay” i jego zgrupowań; rozsiane upamiętnienia oddziałów z lat 1945–1947.
  • Świdnik i okolice – związane z historią Józefa Franczaka „Lalek”a, przypominające o długim trwaniu oporu.
  • Lublin – miasto-siedziba wielu instytucji, ale też miejsce pamięci ofiar represji, wystaw i edukacyjnych inicjatyw.

Wędrówka tym szlakiem pozwala zrozumieć, jak ściśle spleciona jest topografia regionu z jego historią. Każdy las, polana czy skraj wsi to scena, na której rozgrywały się wydarzenia o wielkim ciężarze moralnym i symbolicznym.

Wartości, które niosą dalej

W opowieści o Wyklętych z Lubelszczyzny najważniejsze są wartości, które płyną z ich życiorysów. To niezależność myślenia, gotowość do służby i sprawczość. To umiejętność budowania więzi – oddziału, siatki, wspólnoty – kiedy świat wokół kruszy się w niepewności. I wreszcie – to świadomość, że odpowiedzialność nie kończy się na granicy własnego komfortu: że czasem trzeba stanąć po stronie słabszych, zaryzykować utratę pracy, domu, a nawet życia, aby nie stracić samego siebie.

Dlatego słowo niezłomność nie jest hasłem, lecz opisem postawy. Przekłada się na wybory dnia codziennego: trwać przy prawdzie, nie rezygnować z marzeń o lepszej wspólnocie, szanować tradycję i jednocześnie patrzeć w przyszłość. Buduje tożsamość, która umie łączyć – pokolenia, miejscowości, rodziny. A to właśnie wspólnota, spajana zaufaniem, jest najlepszą rękojmią na przyszłość.

Dlaczego ich historia inspiruje

Inspirować może skuteczność działań i żołnierska sprawność, ale jeszcze mocniej – etos. Wyklęci z Lubelszczyzny, mimo przewagi przeciwnika i znikających szans na szybkie zwycięstwo, nie stracili z oczu celu. Szukali środków adekwatnych do sytuacji, liczyli się z każdym kosztem, pamiętali o odpowiedzialności za cywilów. Wiedzieli, że prawdziwa siła wspólnoty bierze się z zaufania, a zaufanie rodzi się z przykładu – kogoś, kto pierwszy wstaje, pierwszy idzie i ostatni wraca.

Kto poznaje ich losy, dostrzega, że odwaga nie jest przywilejem wybranych. Rodzi się z sumy małych czynów: przeniesionego meldunku, ostrzeżenia sąsiadów, krótkiego „uważaj” wypowiedzianego na progu. Z takich gestów i wyborów powstaje tkanka społecznej solidarności. I choć zmieniają się okoliczności, pozostaje prawda oczywista: wspólnota, która pielęgnuje pamięć i czerpie z niej zasady, potrafi poradzić sobie z przeciwnościami.

Żołnierze Wyklęci na Lubelszczyźnie przypominają, że wolność nie jest raz na zawsze dana, a prawo do mówienia prawdy bywa najtrudniejszą zdobyczą. Ich dziedzictwo jest jak drogowskaz: nie nakazuje, ale zaprasza; nie narzuca, ale inspiruje; nie zamyka przeszłości w muzeum, ale przenosi ją w przyszłość – żywą, odpowiedzialną i otwartą. I dlatego tak mocno wybrzmiewają na tej ziemi słowa, które warto zapisać w sercu: wolność, honor, patriotyzm.