Powojenne podziemie niepodległościowe w Polsce było dramatyczną, ale i pełną blasku odpowiedzią na próbę zdławienia aspiracji narodowych po 1944 roku. Żołnierze Wyklęci – w większości wczorajsi żołnierze Armii Krajowej i innych formacji – nie pogodzili się z utratą suwerenności, z represjami i kłamstwem. Walczyli o prawo do prawdy i o godność państwa, które miało być niepodległe nie tylko z nazwy. Ich akcje zbrojne, prowadzone w skrajnie niesprzyjających warunkach, wymagały kunsztu planowania, żelaznej dyscypliny i odwagi graniczącej z desperacją. Właśnie tam, na leśnych drogach, w powiatowych miasteczkach i na skraju wsi, rodził się mit, ale i realne czynny opór – zryw ludzi, dla których słowa honor, służba i ojczyzna wciąż znaczyły bardzo wiele. To opowieść o najważniejszych uderzeniach, które wstrząsały strukturami terroru i przywracały nadzieję prześladowanym.
Geneza i ethos powojennego podziemia niepodległościowego
U źródeł powojennego oporu leżą doświadczenia okupacji oraz rozbudowana sieć konspiracji z lat 1939–1945. Gdy Armia Czerwona przejęła kontrolę nad krajem, znaczna część kadry podziemia uznała, że wojna o wolność nie dobiegła końca. Powstały struktury przejściowe – NIE, Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj – a następnie Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość (WiN), Narodowe Zjednoczenie Wojskowe (NZW), Konspiracyjne Wojsko Polskie (KWP) i inne lokalne formacje. W nich spotkali się żołnierze frontowi i łączniczki, cichociemni i sanitariuszki, wiejscy przewodnicy i dowódcy z leśnych baz. Ich wspólnota opierała się na kilku słowach kluczach: suwerenność Polski, legalizm władz Rzeczypospolitej na uchodźstwie, niezgoda na terror i bezprawie. W tej hierarchii wartości centralne miejsce zajmowała wolność, rozumiana jako sprawdzian dojrzałości społecznej i dziedzictwo, którego nie można odłożyć na później.
Ethos Wyklętych rodził się z pamięci o Polskim Państwie Podziemnym i z przeświadczenia, że praworządność nie może być jedynie szyldem. W praktyce oznaczało to toczącą się równolegle walkę informacyjną i militarną: obieg prasy, ostrzeżenia dla konfidentów, budowę siatki wywiadowczej, a także starannie planowane uderzenia w aparaty represji. Ich skromne środki nadrabiała niezłomność i organizacyjny spryt. Każda broń, każdy granat i każdy meldunek były bezcenne; każdy sukces działał jak sygnał, że strach nie jest jedyną odpowiedzią na przemoc. Dlatego najgłośniejsze akcje zbrojne nie były celem samym w sobie – stawały się komunikatem: Polska pamięta o swoim prawie do suwerenności i nie zamierza go oddać bez słowa.
Najgłośniejsze zwycięstwa i brawurowe wypady
W historii powojennego podziemia można wskazać operacje, które przeszły do legendy. Uderza w nich skala ryzyka, śmiałość planu i szybkość działania. Wspólnym mianownikiem jest uderzenie w węzły represji – więzienia, urzędy bezpieczeństwa, komitety partyjne, konwoje i posterunki, a także strategiczne obiekty łączności.
Rozbicie więzienia w Kielcach (noc 4/5 sierpnia 1945)
Operacja przeprowadzona przez oddziały dowodzone przez Antoniego Hedę ps. Szary była jednym z najgłośniejszych uderzeń na aparat bezpieczeństwa. Żołnierze, korzystając z perfekcyjnego rozpoznania i decentralizacji dowodzenia, uderzyli szybko i precyzyjnie, rozbili załogę i otworzyli cele. Na wolność wyszło ponad 350 więźniów – ludzie, których czekały przesłuchania, wyroki i często śmierć z rąk bezpieki. Ten sukces odbił się echem w całym kraju: pokazał, że nawet w dużych miastach można sparaliżować narzucony system, jeśli łączy się odwaga z dyscypliną. Dla mieszkańców regionu był to także symboliczny oddech – znak, że pamięć o prawie i sprawiedliwości nie została pogrzebana w więziennych murach.
Radomsko – nocne uderzenie KWP (19/20 kwietnia 1946)
Konspiracyjne Wojsko Polskie, formacja zbudowana przez Stanisława Sojczyńskiego ps. Warszyc, przeprowadziło jedną z najlepiej skoordynowanych akcji tego okresu. Celem były równocześnie więzienie, PUBP i MO. Błyskawiczne opanowanie punktów oporu pozwoliło uwolnić ponad 50 osadzonych i zadać przeciwnikowi dotkliwe straty. Operacja potwierdziła, że KWP dysponuje nie tylko karnością, ale i zdolnością do wielowektorowych uderzeń. Był to dzwon bijący na alarm dla aparatu represji i sygnał dla społeczeństwa, że determinacja i dobra konspiracja potrafią rozmontować pozornie niewzruszone struktury.
Bitwa pod Kuryłówką (7 maja 1945)
Starcie oddziałów podziemia dowodzonych przez kpt. Franciszka Przysiężniaka ps. Ojciec Jan z siłami NKWD jest często wskazywane jako jedno z największych zwycięstw polskiej partyzantki w starciu z formacjami sowieckimi po 1944 roku. Manewrowanie w trudnym terenie, wykorzystanie rozpoznania i koncentracja ognia pozwoliły rozbić przeważające siły przeciwnika. Kuryłówka urosła do rangi symbolu: dowodziła, że partyzantka nie jest skazana na defensywę, a przewaga przeciwnika może zostać zniwelowana dzięki śmiałości i doświadczeniu dowódców. W przekazie społecznym to starcie stało się emblematem czynnej walki o wolność w obliczu nowej okupacji.
Las Stocki – zwycięstwo oddziałów z Lubelszczyzny (24/25 maja 1945)
Oddziały skupione wokół Mariana Bernaciaka ps. Orlik rozbiły siły aparatu bezpieczeństwa na terenie Lubelszczyzny w starciu, które przyniosło liczne zdobycze i unieszkodliwiło zagrażające im grupy pościgowe. Las Stocki to przykład świetnie przygotowanej zasadzki i umiejętnego wycofania. Zastosowano rozpoznanie, błyskawiczną zmianę pozycji, wykorzystano naturalne przeszkody terenowe. Sukces przełożył się na bezpieczeństwo siatek terenowych i był lekcją taktyki, do której odwoływali się później dowódcy wielu rejonów.
Hrubieszów – uderzenie na struktury represji (27/28 maja 1946)
Operacja w Hrubieszowie uderzała w serce miejscowego systemu. Rozbito PUBP, sparaliżowano struktury partyjne, zniszczono archiwa i przerwano łączność. Szczególną wagę miało zdobycie dokumentów i ich unieszkodliwienie – tysiące wątków, meldunków i doniesień przestało być narzędziem terroru. Dla mieszkańców miasta akcja była sygnałem, że władza budowana na strachu nie jest wszechmocna, a dla konspiracji – że szybkie, skoordynowane uderzenia potrafią odwrócić bieg zdarzeń na całym obszarze powiatu.
Rajdy 5. Wileńskiej Brygady AK – precyzja i mobilność (1946)
Oddziały dowodzone przez Zygmunta Szendzielarza ps. Łupaszka prowadziły manewrowe działania na Pomorzu i Warmii, rozbijając posterunki, uderzając w konwoje i likwidując węzły łączności. Esencją tych rajdów była mobilność: grupa uderzała, znikała, pojawiała się dziesiątki kilometrów dalej. W praktyce paraliżowało to rutynę przeciwnika, wytrącało go z pewności siebie i skracało dystans między partyzantką a ludnością cywilną, która obserwowała na własne oczy skuteczność uderzeń. Rajdy 5. Brygady były pokazem dyscypliny, dobrej logistyki i żelaznego honoru żołnierskiego, który nie pozwalał pozostawić swoich bez wsparcia.
Taktyka, łączność i życie w konspiracji
Żołnierze Wyklęci walczyli pod presją przewagi liczebnej i technicznej przeciwnika. Ich odpowiedzią była sztuka wytrwałości i elastyczność, czyli to, co w warunkach partyzanckich ma największą wartość. Kluczowa pozostawała łączność: skrzynki kontaktowe, hasła, patrole obserwacyjne, sieć wywiadowcza oparta na zaufaniu i dyskrecji. Meldunki nanoszono na mapy, a plany akcji przeglądano wielokrotnie z naciskiem na drogi odwrotu i punkty ewakuacji rannych. Każdy zwiad przygotowywał następny – dlatego tak wiele uderzeń miało charakter chirurgiczny: trwało krótko, ale uderzało w sedno.
Taktykę opierano na zaskoczeniu i rozproszeniu. Często oddziały dzielono na mniejsze grupy, które w umówionym czasie uderzały równocześnie na różne cele. Eliminowało to ryzyko okrążenia i utrudniało zorganizowanie pościgu. Noc była sprzymierzeńcem – przytłumione komendy, ciemne płaszcze, precyzyjne sygnały świetlne. Wokół zbudowano kulturę zaufania: łączniczki, sanitariuszki i kwatermistrzowie stanowili kręgosłup funkcjonowania. Ranni byli ewakuowani do leśnych punktów opatrunkowych; zdarzało się, że przez polowe izby przewijały się setki ludzi, których uratowano dzięki natychmiastowej reakcji i poświęceniu.
Ważnym elementem były akcje ekspropriacyjne – przejmowanie środków finansowych i zaopatrzenia, niezbędnych do utrzymania oddziałów. Traktowane jako ciężar moralny, podlegały zasadom dyscypliny i rozliczeń. Dowódcy dbali, aby nie skrzywdzić zwykłych mieszkańców, a odpowiedzialność wobec społeczności lokalnych traktowano jako miarę sensu oporu. W wielu relacjach powraca obraz żołnierza, który bierze tylko to, co potrzebne oddziałowi, prowadzi ewidencję i pozostawia pokwitowania – praktyki, które budowały zaufanie mimo trudów wojny po wojnie.
Ta codzienność była smagana twardymi realiami: obławami, donosami, szantażem wobec rodzin. Tym większego znaczenia nabierały cnoty, które pozwalały wytrwać – ofiarność, odwaga i zwyczajna ludzka przyzwoitość. To one sprawiały, że nawet po utracie bazy, po aresztowaniach i ciężkich stratach, oddziały potrafiły się odrodzić i kontynuować zadania.
Dowódcy i oddziały, które przeszły do legendy
Historia podziemia jest utkanym z wielu nitek gobelinem. Każdy region miał swoich bohaterów i swoje pieśni. Wśród postaci, które przeszły do legendy, są dowódcy wybitni taktycznie i odporni psychicznie.
- Antoni Heda ps. Szary – architekt akcji w Kielcach, mistrz planowania i pionier brawurowych uderzeń na więzienia. W jego działaniach imponowała chłodna kalkulacja i troska o ludzi – obie cechy składały się na trwały symbol skuteczności.
- Marian Bernaciak ps. Orlik – twórca wielu udanych akcji w Lubelskiem, zwycięzca spod Lasu Stockiego. Łączył fantazję z rygorem, a jego oddziały znane były z dyscypliny i dbałości o minimalizowanie strat własnych.
- Zygmunt Szendzielarz ps. Łupaszka – dowódca rajdów 5. Wileńskiej Brygady AK. Perfekcjonista taktyczny, dla którego ruch i zaskoczenie stanowiły broń równorzędną z karabinem.
- Stanisław Sojczyński ps. Warszyc – organizator KWP, strateg, który rozumiał wagę jednoczesnego uderzania w wiele punktów nacisku systemu. Jego wizja przełożyła się na Radomsko – jedną z najgłośniejszych operacji 1946 roku.
- Hieronim Dekutowski ps. Zapora – dowódca z Lubelszczyzny, znany z odważnych akcji likwidacyjnych wymierzonych w najbardziej opresyjne struktury, a zarazem z dbałości o morale i etos oddziałów.
- Zdzisław Broński ps. Uskok – konsekwentny w działaniach, budowniczy siatki na Wschodniej Lubelszczyźnie, zdolny do długotrwałej gry nerwów z przeciwnikiem.
- Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. Rój – symbol Mazowsza północnego, który do końca pozostał wierny idei oporu, łącząc uderzenia na posterunki z działalnością informacyjną.
- Danuta Siedzikówna ps. Inka – sanitariuszka i łączniczka 5. Wileńskiej Brygady AK. Jej postawa w obliczu śmierci stała się jednym z najczystszych obrazów żołnierskiego honoru i wierności złożonej przysiędze.
Każda z tych postaci niesie opowieść o ludziach z krwi i kości – spragnionych normalności, a jednocześnie niezdolnych do zapomnienia o złożonej przysiędze. Ich wybór, skrajnie trudny, obciążał sumienie i serce, ale rodził też siłę, dzięki której słowo tożsamość narodowa przetrwało najbardziej mroczne lata.
Dlaczego te akcje miały znaczenie
Najważniejsze uderzenia miały kilka wspólnych rezultatów. Po pierwsze, przerywały spiralę strachu: uwolnienia więźniów, niszczenie archiwów i porażki pościgów dowodziły, że aparat represji jest podatny na ciosy. Po drugie, budowały realny kapitał zaufania społecznego – ludzie widzieli, że ktoś staje w ich obronie, że noc może przynieść nie tylko obławę, ale i ratunek. Po trzecie, uczyły sprawności: sztuka rozpoznania, maskowania, tworzenia siatek, planowania odwrotów – wszystko to stało się częścią pamięci operacyjnej narodu.
Wreszcie, te akcje wytworzyły język symboli, który do dziś przemawia z niezwykłą mocą. W piosenkach i w kronikach przewijają się nazwy: Kielce, Radomsko, Kuryłówka, Las Stocki, Hrubieszów. Każda niesie ładunek emocji, ale i konkret: mapę, meldunek, rozkaz. Ktoś sporządził szkic bramy więzienia, ktoś inny policzył kroki do posterunku, jeszcze ktoś zapamiętał rytm strażniczego patrolu. Tak powstawała mozaika faktów, która składała się na całościowy obraz oporu. W tej mozaice centralnym kamieniem była niezłomność – słowo tyle razy wypowiadane, ile razy trzeba było wstawać po ciosie.
Dziedzictwo: od etosu czynu do kultury pamięci
Dziedzictwo Żołnierzy Wyklętych to dziś nie tylko rocznice i pomniki, ale przede wszystkim wrażliwość na wartości, które bez nich mogłyby się zatrzeć. 1 marca, kiedy obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, to nie data wybrana przypadkiem: to wołanie, by spojrzeć prosto w oczy tym, którzy zostali wyklęci nie przez naród, lecz przez system przymusu. W szkołach, muzeach, w projektach lokalnych i w rodzinnych opowieściach ożywa zapach leśnej ścieżki, trzask ogniska i surowe komendy, ale też szept: wytrwać, mimo wszystko.
Ta pamięć niesie zobowiązanie. Oznacza uczciwe opowiadanie o trudnych wyborach, o cenie, jaką zapłacono, i o tym, że wierność zasadom bywa najkosztowniejsza w godzinie próby. Właśnie dlatego tak wiele rodzin wciąż przechowuje fotografie, listy i medale, a w oczach młodych pojawia się błysk, gdy słyszą imiona tych, którzy nie opuścili towarzyszy. Dziedzictwo Wyklętych to nie nawoływanie do odwetu – to lekcja odpowiedzialności, solidarności i braterstwa. To świadomość, że pamięć nie jest pusta, lecz rodzi postawę, w której odwaga łączy się z rozsądkiem, a honor z troską o wspólnotę.
Współczesny język wolności w Polsce jest utkany także z ich szeregów. Ich działania, choć odległe, brzmią zaskakująco aktualnie: mówią, by nie godzić się na kłamstwo, by widzieć człowieka w towarzyszu broni i by pamiętać, że siła wspólnoty rodzi się z zaufania i wierności. Dlatego opowieść o rozbiciu więzienia, o zwycięstwie pod Kuryłówką czy o brawurze rajdów nie jest tylko rejestrem wojennych epizodów. To kod, dzięki któremu rozumiemy, skąd wzięła się polska determinacja i jak podtrzymać jej płomień.
Mapa pamięci: miejsca, które mówią
Polska powojenna była usiana punktami oporu, a dziś te miejsca tworzą mapę pamięci. W Kielcach wspomnienie akcji Szarego jest wciąż żywe, a w Radomsku kolejne pokolenia przypominają noc, gdy KWP otworzyło cele. W Kuryłówce i w okolicach Lasu Stockiego tablice i uroczystości przywołują konkretne nazwiska, liczby i daty, ale jeszcze bardziej – atmosferę skupienia i decyzji, które zapadały po cichu, z dala od kamer i fleszy. Te miejsca uczą pokory: przypominają, że konspiracja to nie romantyczna dekoracja, lecz ciężar odpowiedzialności, zaopatrzenia, opatrunków, czujek i meldunków.
Dopełnieniem jest pamięć o cichych bohaterach – ludziach, którzy nie nosili mundurów, ale bez których nie byłoby sukcesów. Wiejskie rodziny, które narażały się, by nakarmić i przenocować oddział. Lekarze i pielęgniarki ratujący rannych. Księża otwierający zakrystie dla konspiracyjnych rozmów. Rzemieślnicy, którzy naprawiali buty i skórzane pasy, i gospodarze, którzy woleli stracić zapasy, niż zdradzić ścieżkę do leśnej kryjówki. Na tej mapie pamięci każdy punkt brzmi jednym słowem: ofiarność.
Zakończenie: sens czynu i dziedziczenie odwagi
Najważniejsze akcje zbrojne powojennego podziemia były koncentracją sprawności, odwagi i odpowiedzialności. Uderzały w cele, które decydowały o życiu tysięcy ludzi: cele, w których trzymano więźniów, gromadzono donosy, rozdzielano rozkazy represji. To dzięki tym uderzeniom strach drżał, a nadzieja rosła. Żołnierze Wyklęci, których często dzieliła formacja, region i biografia, łączyli siły w imię wspólnego zobowiązania. To zobowiązanie miało brzmienie prostych słów: wolna Polska. Ich legenda nie jest figurą retoryczną – to summa czynów, które ułożyły się w kręgosłup pamięci. Dziś, kiedy stajemy przy tablicach i mogiłach, warto przyjąć ich przekaz jako zadanie. Zadanie, które sprowadza się do kilku słów: wolność, honor, pamięć, tożsamość i niezłomność. Z takich słów i czynów składa się droga, która prowadzi przez ciemność ku świtowi.
