Odbijanie więźniów z rąk UB było jednym z najbardziej wymownych czynów powojennego oporu, pojedynczym błyskiem sprawczości w epoce, która miała Polakom odebrać wolność. Dla żołnierzy powojennego podziemie nie był to jedynie manewr taktyczny; w ich rozumieniu był to moralny obowiązek wobec towarzyszy, rodzin i lokalnych społeczności, które prosiły o ratunek szepcząc przez szpary krat, piwniczne okienka, przez potajemne grypsy. To właśnie w takich nocach, gdy w mroku zrywały się wrota a kajdany opadały na posadzkę, ujawniał się powojenny etos niezależnego państwa – niepodległa ojczyzna istniała realnie w woli i czynie tych, którzy ryzykowali wszystko, by odzyskać uwięzionych. Wspomnienia z tych akcji mówią o odwaga, dyscyplinie i milczącej zgodzie na poświęcenie; o cichej, wiejskiej solidarność i o twardej, codziennej niezłomność ludzi, którzy nie zgodzili się, by wyroki pisane na UB-owskich maszynach były ostatnim słowem historii. Żołnierze Wyklęci tkwili w sieci skomplikowanej konspiracja, karmionej marzeniem o pełnej niepodległość i nienaruszalnym poczuciu honor, a odbijanie więźniów stało się ich najgłośniejszym świadectwem sprawiedliwości w czasach niesprawiedliwych.
Geneza powojennego oporu i sens odbić
Urząd Bezpieczeństwa, powołany w 1944 roku jako narzędzie nowej władzy, szybko stał się symbolem powojennego terroru. Do więzień trafiali weterani Armii Krajowej, młodzi łącznicy, duchowni, nauczyciele i rolnicy, nierzadko na podstawie wymuszonych zeznań lub bez jakiejkolwiek podstawy prawnej. Nocne aresztowania, bicie, konwejery, fałszywe oskarżenia o kolaborację – to była codzienność, która w pamięci tysięcy rodzin zostawiła pręgi trwalsze niż blizny. W takiej rzeczywistości odbijanie więźniów stawało się nie tylko wojskową akcją, ale i publicznym sprzeciwem wobec bezprawia; było działaniem o wymiarze symbolicznym, komunikatem: prawo do życia i obrony nie zostało anulowane przez zmianę pieczęci na urzędowych pismach.
Akcje miały też wymiar czysto praktyczny. Uwolnieni byli często oficerami, kurierami lub doświadczonymi organizatorami – filarami, bez których sieć oporu kruszała. Gdy UB planowało kolejne procesy i egzekucje, rozbicie aresztu, komendy lub konwoju pozwalało przerwać łańcuch rozpracowania, zatrzeć ślady, ocalić ludzi i dokumenty. W lokalnych społecznościach każda udana akcja podnosiła morale, była jak zwycięstwo w meczu o przetrwanie – pokazywała, że represja nie jest wszechmocna.
Jak rodziły się akcje odbijania więźniów
Żeby w ogóle myśleć o ataku na siedzibę UB, potrzeba było tygodni lub miesięcy przygotowań. Trzonem była rozpoznawcza cierpliwość: ustalenie grafiku wart, rozmieszczenia karabinów maszynowych, liczby strażników, procedur alarmowych, zwyczajów oficerów, a nawet tak drobnych rzeczy jak godzina, o której furman z pobliskiego folwarku przywozi dostawy żywności. Znamienne, że w wielu miejscach najcenniejsze informacje przynosiły nie rewolwerowe pojedynki, tylko uważne oczy i uszy: sklepowe, rzemieślnicy, lokatorzy kamienic przy tej samej ulicy. W realiach małych miast każdy ruch zostawiał smugę, którą nauczono się czytać.
Kluczowe było zaskoczenie: pozorowane kontrole, przebrania za milicjantów, samochody na fałszywych numerach, nagłe odcięcie łączności. Niekiedy stosowano pozorowany alarm pożarowy, innym razem odciągano obsadę na zewnątrz krótką potyczką, by właściwa grupa uderzeniowa mogła wejść przez tylną bramę. Często w natarciu brały udział niewielkie zespoły – 12, 20, czasem 30 ludzi – bo większe kolumny byłyby zbyt widoczne. Zaufanie i dyscyplina miały wartość złota: jeśli choć jedna osoba złamała zasadę krótkiej komendy i długiego milczenia, ryzykowali wszyscy.
Broń zdobywano z wojennych zapasów, od żołnierzy frontowych, ze zrzutów pamiętanych jeszcze z AK lub po prostu w boju. Wyposażenie uzupełniały listy szyfrowe, pieczątki, odręcznie rysowane plany, a nawet podrabiane przepustki. Logistyka akcji obejmowała również drogi ucieczki i punkty przejściowe: stodoły, zagajniki, domy na uboczu, „meliny” z ustaloną godziną i sygnałem. Prawie zawsze planowano ewakuację w kilku wariantach, bo ryzyko okrążenia po alarmie było realne.
Najsłynniejsze odbicia: przykłady odwagi i precyzji
Lista udanych rozbić aresztów, komend MO czy więzień UB jest długa i rozproszona po mapie powojennej Polski. Nie ma jednej kroniki, która objęłaby wszystko – w wielu miejscach dokumenty niszczono lub zatajano, a żywi świadkowie po latach znikali. Mimo to kilka akcji weszło do kanonu oporu i do dziś pulsuje w pamięci lokalnych wspólnot.
Puławy, kwiecień 1945 – cios precyzyjny „Orlika”
Oddziały mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika”, wywodzącego się z Inspektoratu Puławskiego AK, przeprowadziły wiosną 1945 roku brawurowe uderzenie na siedzibę UB. W dobrze przygotowanej akcji, opartej na świetnym rozpoznaniu i wykorzystaniu elementu zaskoczenia, uwolniono ponad sto osób – w tym wielu żołnierzy podziemia, których groziły długie wyroki lub natychmiastowe przewiezienie do innego ośrodka. Atak miał mocny efekt strategiczny: przerwano łańcuch aresztowań, wyniesiono cenne dokumenty, a mit wszechmocy nowej bezpieki został publicznie podważony. Dla oddziałów „Orlika” była to zarazem lekcja operacyjna: potwierdzenie, że siła połączona z dyscypliną i dobrym rozpoznaniem potrafi złamać najtwardsze drzwi.
Radomsko, kwiecień 1946 – zapał i systematyka KWP „Warszyca”
Konspiracyjne Wojsko Polskie dowodzone przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” stało za jedną z najbardziej spektakularnych akcji w centralnej Polsce. Pod osłoną nocy uderzono na miejscowe więzienie, rozbrojono wartowników i uwolniono dziesiątki przetrzymywanych, w tym żołnierzy dawnej AK i działaczy podziemia. Znaczenie akcji wykraczało poza liczby: w mieście odczuwalne było wstrząśnięcie pewnością aparatczyków, a w okolicznych wsiach – fala ulgi i wdzięczności. Z militarnego punktu widzenia przedsięwzięcie uchodziło za wzorcowe: podział zadań, łączność, odskok – wszystko zagrało jak trzeba, a straty własne były minimalne.
Hrubieszów, maj 1946 – niecodzienne porozumienie i rozbicie aparatu
Nocny atak na Hrubieszów, przeprowadzony wspólnie przez struktury WiN i formacje ukraińskiego podziemia, był wydarzeniem bez precedensu: w realiach pogranicza udało się na kilka godzin sparaliżować miasto, uderzyć jednocześnie w UB, MO i starostwo, uwolnić więźniów i zniszczyć część archiwów. Z militarnej perspektywy była to operacja doskonale skoordynowana, z wykorzystaniem dywersji i podwójnych uderzeń, z politycznej – sygnał, że lokalne społeczności, niezależnie od narodowości, mają dość policyjnego terroru. Odbicie więźniów w tym przypadku było tylko fragmentem większej całości, ale to właśnie obraz ludzi wybiegających na wolność pozostał w pamięci najsilniej.
W kolejnych miejscowościach – od miasteczek Lubelszczyzny, przez centralną Polskę, po północne ziemie odzyskane – powtarzał się ten sam rytm: cisza przygotowań, krótka strzelanina, rozkaz do odwrotu i fizyczna ulga ludzi, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej nie mieli nadziei. Nawet gdy akcje kończyły się niepowodzeniem, ich echo działało jak ostrzeżenie dla bezpieki, że nie każdy łańcuch da się domknąć, a każda krata może się okazać mniej pewna niż pieczęć na protokole.
Ludzie odbić: dowódcy, szeregowi, łączniczki i sanitariuszki
Za każdą udaną akcją stali ludzie – znani z nazwisk, ale też ci, których pamiętamy tylko z pseudonimów lub przydomków. Wspomniani już Marian Bernaciak „Orlik” czy Stanisław Sojczyński „Warszyc” to postaci symboliczne: łączyli doświadczenie wojenne z umiejętnością pracy w rozproszeniu, cechowała ich żelazna dyscyplina i odpowiedzialność za ludzi. W innych regionach rolę organizatorów i inspiratorów brali na siebie m.in. Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Zdzisław Broński „Uskok”, Henryk Flame „Bartek”. Każdy z nich działał w odmiennych warunkach – od lasów północy po pofałdowane pola Lubelszczyzny – ale wszyscy mieli jedną wspólną cechę: nie uznawali bezradności za stan naturalny.
Łączniczki i sanitariuszki były nie tylko kręgosłupem łączności, ale i moralną busolą oddziałów. To one niosły grypsy, planowały sygnały świetlne, opiekowały się rannymi, pilnowały dokumentów, czasem – ryzykując wszystko – wchodziły do miast w przebraniu, wynosiły informacje z posterunków, z urzędów, z poczty. Z ich pamięci znamy niekiedy dokładną godzinę, kiedy wartownik poprosił o herbatę, albo moment, w którym padł rozkaz przełamania drzwi. Rola kobiet w akcjach odbijania więźniów pozostaje wciąż mniej opowiedziana niż powinna – a bez nich wiele bram nigdy by się nie otworzyło.
Ramię w ramię z doświadczonymi dowódcami stali młodzi, często nastoletni żołnierze. W powojennym świecie wychowanym w wojennej przyspieszonej dorosłości nie było czasu na długie staże – do oddziałów trafiało się szybko, uczyło błyskawicznie i równie szybko podejmowało pierwsze decyzje. Współodpowiedzialność cementowała grupy, a pamięć o tych, których nie udało się uratować, była codziennym zobowiązaniem do kolejnej próby.
Taktyka, sprzęt, fortel: jak wygrywano z silniejszym przeciwnikiem
Choć narracje często skupiają się na spektakularnych momentach – wyważone wrota, huk granatów, rozkaz odwrotu – sukces akcji rodził się w detalach. Prawa fizyki były nieubłagane: mała grupa nacierająca na umocniony punkt mogła wygrać tylko zaskoczeniem i precyzją. Dlatego opracowywano nie jedną, lecz kilka tras podejścia, przygotowywano fałszywe posterunki kontrolne, zmieniano godziny i kolejność działań do ostatniej chwili. Ważną rolę odgrywało maskowanie akustyczne – w miastach szum targu, przejazd pociągu, burza były sojusznikami. Na wsiach cisza była groźna, ale i zdradliwa, dlatego na czas podejścia tworzono doraźne „hałasy tła” lub przeciwnie – czekano, aż psy ucichną po pierwszym niepokoju.
Broń krótka, pistolety maszynowe, lekkie karabiny, sporadycznie granatniki – to podstawowy arsenał. Jednak w wielu wypadkach kluczowe było poskromienie technologii przeciwnika: przecięcie linii telefonicznych, zajęcie radiostacji, odcięcie posterunku od posiłków. Nieocenione były też pojazdy – zdobyczne ciężarówki, motocykle – które dawały szansę na szybki odskok. Konwoje po odbiciu rzadko jechały najkrótszą drogą; często wykonywano skok wachlarzem przez kilka dróg polnych, by zmylić ewentualny pościg.
- Rozpoznanie: długo gromadzona wiedza o rytmie służby i topografii.
- Zaskoczenie: nietypowa godzina, przebranie, fałszywa kontrola.
- Paraliż łączności: telefony, radiostacje, posterunki przekaźnikowe.
- Krótki ogień: minimalizacja strat własnych i cywilnych.
- Ewakuacja: kilka wariantów odskoku i wcześniej przygotowane kryjówki.
Ryzyko, cena i skutki odwetu
Trzeba uczciwie pamiętać: każdy atak na więzienie UB niósł ryzyko. Odwet bywał okrutny: pacyfikacje wsi, aresztowania rodzin, naloty na gospodarstwa, konfiskaty. Oddziały działały więc z ciężarem odpowiedzialności – nie tylko za swoich, lecz także za tych, którzy udzielali pomocy. Wielu żołnierzy uznawało mimo to, że zaniechanie oznacza zgodę na bezkarność oprawców i nieuchronną zagładę struktur oporu. Dlatego planując rozbicia, starano się minimalizować ofiary po obu stronach: krótkie uderzenie, żądanie otwarcia bramy, ogień dopiero po odmowie, jak najkrótszy czas pozostawania w mieście.
Efekty odbić miały kilka wymiarów. Pierwszy – natychmiastowy: uratowane życie, przerwane śledztwa, bezpieczeństwo informatorów i łączników. Drugi – psychologiczny: wśród UB i MO pojawiał się strach, rosnąca nerwowość i nadmiarowe środki ostrożności, które spowalniały codzienną pracę aparatu. Trzeci – społeczny: odbicia cementowały wspólnotę, umacniały wiarę, że opór ma sens, że nie jest samotnym gestem. Na dłuższą metę działanie to budowało też mit sprawiedliwości, tak potrzebny w latach, gdy paragrafy służyły nie prawu, lecz przemocy.
Codzienność oporu: wsie, miasta, meliny i drogi
Bez wsparcia lokalnych społeczności nie byłoby ani jednego rozbicia. To gospodarz, który wysłuchał w sieni, co trzeba zrobić, i podał chleb, zanim padło pytanie. To krawcowa, która poprawiła mundur, by lepiej leżał, i nie zapytała o nazwisko. To leśniczy, który wskazał miejsce na przeprawę. Miejskie kamienice skrywały punkty kontaktowe, na wsiach znano najkrótsze przejścia między zagajnikami, a nocą pilnowano, by w świetle księżyca nie widać było śladów kół.
Codzienny trud to również nauka – ciągłe doskonalenie procedur, sprawdzanie haseł, zmiany pseudonimów. Oddziały prowadziły własną „pielęgnację pamięci”: spisywano w głowach nazwiska, miejsca, daty – nie po to, by je kiedyś wykrzyczeć, lecz aby zrozumieć, co się sprawdziło, a co trzeba poprawić. W takiej pracy nie było fajerwerków; były za to cisza, czujność i obowiązek wobec tych, których trzeba będzie kiedyś wydostać zza krat.
Propaganda i milczenie: walka o opowieść
Władze usiłowały zetrzeć ślad po udanych akcjach lub odwrócić ich sens. W gazetach pojawiały się notki o „bandyckich napadach” czy „awanturach elementów reakcyjnych”, podczas gdy w rzeczywistości były to precyzyjne uderzenia w aparat przemocy. Akta często gubiły się, okoliczności zacierały, a sprawcy mieli twarze wymyślone przez śledczych. W tej mgle propagandy szczególnego znaczenia nabierały opowieści przekazywane szeptem: pieśni śpiewane na weselach, historie opowiadane przy piecach, znaki zostawiane na krzyżach przydrożnych. To one przeniosły przez dekady pamięć o ludziach i nocach, gdy krat nie było.
Skutkiem tej propagandy było też milczenie – wielu bohaterów nie miało odwagi mówić o tym, co robili, albo nie chciało narażać bliskich. Dopiero później, kiedy historia zaczęła oddychać spokojniej, wracały nazwiska i daty. Powracała też duma – nie jako krzyk, lecz jako prosta, spokojna pewność, że w tamtym świecie surowych wyborów starano się ratować to, co najcenniejsze.
Pamięć i miejsca: ślady, których nie da się zetrzeć
W wielu polskich miastach i miasteczkach można dziś wskazać budynek, w którym kiedyś stał areszt lub mieściła się siedziba UB. Na murach widać tablice, w kościołach – epitafia, w lasach – krzyże nad mogiłami niezidentyfikowanych. Są też rocznice i marsze, rekonstrukcje historyczne i spotkania świadków. Tam, gdzie kiedyś wyważano wrota, dziś składa się wieńce, a dzieci w szkolnych mundurkach słuchają opowieści o nocach, kiedy odwaga miała smak metaliczny jak krew w ustach, ale też słodycz ulgi po wybiegnięciu na świeże powietrze.
Pamięć nie jest równo odmalowana; zdarzają się spory, pytania, wątpliwości. Tym bardziej ważne jest, by rozmawiać o faktach, o kontekście, o tym, dlaczego ktoś zdecydował się stanąć po tej stronie. Odbijanie więźniów było czynem o wysokim ryzyku, lecz i o wysokim sensie: przywracało w świecie bezprawia fragment ładu. W tej perspektywie Żołnierze Wyklęci jawią się nie jako postaci z pomnika, lecz jako ludzie z krwi i kości – zdyscyplinowani, ale też pełni wrażliwości na cudze cierpienie.
Dziedzictwo: lekcje odpowiedzialności i odwagi
Dziedzictwo akcji odbijania więźniów z rąk UB nie kończy się na heroicznej kronice. To także ważna opowieść o odpowiedzialności dowódców za podkomendnych, o umiejętności szybkiego uczenia się, o solidarności społecznej, która przerzucała mosty ponad strachem. To nauka, że prawo i moralność nie są dekoracją – mają realne konsekwencje, gdy trzeba je zastosować w warunkach skrajnych. Wreszcie – to przypomnienie, że wolność nigdy nie jest dana raz na zawsze, a tam, gdzie zawodzi instytucja, ludzie wciąż mogą być dla siebie oparciem.
Żołnierze Wyklęci, podejmując ryzyko odbijania więźniów, wpisali się w długą tradycję polskiej walki o godność. Nie byli nieomylni, nie byli wolni od błędów – ale gdy stawali przed wyborem, czy zamknąć oczy na cierpienie współtowarzyszy, czy spróbować otworzyć drzwi, wybierali to drugie. Dlatego ich opowieść nie jest tylko o karabinach i planach, lecz o człowieczeństwie, które nie zgodziło się zredukować siebie do milczącego świadka.
W patrzeniu na tamte akcje nie ma potrzeby szukać patosu za wszelką cenę. Wystarczy wsłuchać się w zwykłe ludzkie słowa: jestem, pomogę, wrócimy po nich, nie zostawimy. To język wspólnoty, która w najciemniejszych latach potrafiła wydrążyć w murze szczelinę prowadzącą ku światłu. I choć minęły dekady, echo tamtych kroków po więziennych korytarzach wciąż przypomina, że sprawiedliwość bywa cicha, ale uparta – i że potrafi znaleźć drogę nawet przez najgrubszy beton.
