Historia powojennego podziemia niepodległościowego to opowieść o ludziach, którzy nie złożyli broni i nie porzucili marzeń o niepodległośći. W gęstwinie lasów, na leśnych zgrupowaniach, w przydrożnych kryjówkach i konspiracyjnych kwaterach dojrzewał styl walki, w którym liczyły się odwaga, determinacja i sprawna organizacja. Żołnierze Wyklęci – niezależnie od przynależności organizacyjnej – tworzyli wspólnotę celu i czynu, a ich arsenał był mieszanką zdobyczy wojennych, alianckich zrzutów, przedwojennego wyposażenia Wojska Polskiego oraz broni przejętej w akcjach przeciw formacjom władzy komunistycznej. Broń w tej opowieści to coś więcej niż metal i mechanika: to symbole złamanej, ale niepoddanej walki o wolność, to narzędzie podtrzymywania więzi i konspiracyjnego rytmu życia, to wreszcie codzienna próba, której sens spajały braterstwo, honor i nieomal legendarna niezłomność. Zrozumienie ich uzbrojenia pozwala zobaczyć, jak z surowych warunków, z ograniczonych zasobów i pod ciągłą presją działały oddziały, których etos wyrastał z wojennej konspiracja i wykuwał się w ogniu powojennych starć, utrwalony w pamięci jako etos wierności i poświęcenie.
Od etosu do arsenału: skąd brała się broń powojennego podziemia
Powojenna mapa uzbrojenia podziemia to gęsta sieć źródeł i dróg, którymi broń trafiała do rąk konspiratorów. Jeszcze w czasie okupacji w wielu regionach Polski tworzono skrytki i zakopane magazyny, mające posłużyć na czas niepewności po zakończeniu działań frontowych. Część tej broni pochodziła ze zrzutów alianckich – szczególnie pistolety maszynowe Sten, amunicja 9×19 mm Parabellum, granaty i radiostacje – część z produkcji konspiracyjnej (jak warszawska Błyskawica), a wielka pula uzbrojenia była zdobywana na wrogu: od oddziałów niemieckich w ostatnich miesiącach wojny, a po 1944 roku w akcjach przeciwko Milicji Obywatelskiej, UB czy KBW.
Na wschodzie i północnym wschodzie dominowały trofea po Armii Czerwonej i formacjach podporządkowanych Moskwie – pepesze PPSz-41, karabiny Mosina, ręczne karabiny maszynowe DP-27/DP-28, a nawet samopowtarzalne karabiny SWT-40, jeśli trafiały się na pobojowiskach. Na Pomorzu i w centrum kraju często spotykano jeszcze niemieckie karabinki Mauser 98k, peemy MP 40 i rkm-y MG 34, niekiedy także MG 42 zdobywane w rozbitych konwojach lub magazynach. Z kolei południe Polski znało zarówno sprzęt niemiecki, jak i polski przedwojenny (np. RKM wz. 28, czyli licencyjny BAR), przechowywany w prywatnych skrytkach lub dawnych magazynach ZWZ-AK.
Ważnym elementem życia oddziału były meliny – kryjówki broni. Zwykle były to ziemianki z kilkoma wejściami, schowki w stodole albo pod posadzką wiejskiej chałupy, czasem skrytki w lasach z odpowiednio kamuflowanym włazem. Tam broń czyszczono, smarowano, konserwowano i sortowano. O ile zdobycie nawet pojedynczego rkm-u mogło zmienić możliwości bojowe oddziału, o tyle długotrwałe utrzymanie arsenału zależało od logistyki: wymiany sprężyn, iglic, suwadła, konserwacji luf i – co w partyzantce najtrudniejsze – stałego dopływu amunicji. Tu pomagały wypady na posterunki MO, zasadzki na transporty broni i współpraca z miejscowymi rusznikarzami, którzy potrafili dopasować części, dorobić drobne elementy czy wymienić uszkodzone sprężyny.
Broń krótka i pistolety maszynowe: serce walki na bliski dystans
W walce partyzanckiej o wyniku starcia często decydowały pierwsze sekundy – a więc łatwość przenoszenia, szybkość użycia i wysoka szybkostrzelność broni. Dlatego pistolety i pistolety maszynowe stanowiły naturalny wybór w zasadzce, walce w zabudowaniach czy nieoczekiwanym starciu z patrolem. Krótkie lufy, kompaktowe gabaryty i wspólne typy amunicji przekładały się na mobilność i prostotę działania.
Broń krótka – pewność ostatniej linii
Powszechne były pistolety Vis wz. 35 – duma przedwojennego przemysłu, ceniona za celność i ergonomię. Obok niego używano pistoletów TT-33 kal. 7,62×25 mm, często zdobycznych, oraz Nagantów M1895, wyjątkowych ze względu na szczelny układ gazowy ułatwiający użycie tłumików. Trafiały się Browningi HP, Colty M1911, a także pistolety niemieckie P08 Luger i P38 – wszystko, co można było zdobyć, utrzymać i zasilić amunicją. Pistolet był atrybutem dowódcy – nie tylko narzędziem obrony, ale i znakiem odpowiedzialności oraz gotowości do osobistego ryzyka.
Pistolety maszynowe – rytm krótkiej serii
Wśród pistoletów maszynowych królowały Steny – proste, lekkie, oparte na amunicji 9 mm, łatwe do przenoszenia i rozkładania. W polskich dłoniach znalazła swoje miejsce także rodzima Błyskawica, produkowana w konspiracji, z charakterystycznym dwuuchwytowym układem i teleskopowym kolbą. Ich zaletą była możliwość szybkiego przejścia od skrytego przenikania do błyskawicznej wymiany ognia. Używano również niemieckich MP 40 – trwałych i intuicyjnych w obsłudze – oraz, w miarę możliwości, radzieckich PPS i PPSz-41, które imponowały niezawodnością i pojemnymi magazynami.
Pistolety maszynowe służyły nie tylko w walce. Były narzędziem ochrony sztabu, konwoju jeńców czy zdobycznej broni, wyborem zwiadowców i ubezpieczenia marszu. W wielu relacjach żołnierze wspominają, że peemy dawały poczucie przewagi w starciu na krótkim dystansie, pozwalały na szybkie przejęcie inicjatywy i wycofanie się w uporządkowany sposób. Dla Wyklętych, którzy mieli bazować na szybkości i zaskoczeniu, były naturalnym centrum taktyki.
Karabiny i rkm-y: siła ognia decyduje o przetrwaniu
Karabinki i ręczne karabiny maszynowe stanowiły kręgosłup leśnych oddziałów. To one dawały możliwość kontroli terenu, prowadzenia ognia z odległości i utrzymania przeciwnika na dystans – szczególnie ważne w starciu z liczniejszymi siłami KBW czy LWP. Karabiny powtarzalne – Mauser 98k i Mosin – łączyła trwałość i dostępność amunicji, choć walczący musieli dostosować się do rozmaitości kalibrów i standardów. Często w jednym plutonie funkcjonowały obok siebie egzemplarze różnych systemów, co wymagało dobrej pracy kwatermistrzów i ludzi odpowiedzialnych za amunicję.
Ręczne karabiny maszynowe, jak polski RKM wz. 28 (licencyjny BAR), niemiecki MG 34, a niekiedy radziecki DP-27/DP-28, zmieniały charakter potyczki. Zasadzkę otwierano serią z rkm-u, którego ogień dusił przeciwnika i umożliwiał działanie grupom szturmowym z peemami. MG 34, ze swoją płynną szybkostrzelnością i możliwością prowadzenia ognia ciągłego, był pożądaną zdobyczą; DP-27 uchodził za niezwykle prosty i odporny na zabrudzenia, co w warunkach przepraw przez bagna i długich marszów miało ogromne znaczenie. Zdarzały się również jednorazowe użycia MG 42 – choć jego żarłoczność amunicyjna i wymagania obsługowe sprawiały, że w partyzantce był raczej rzadkością.
Niejeden dowódca Wyklętych podkreślał, że dobrze ukryty rkm to „zawias akcji”: wyznacza kierunek uderzenia i moment odwrotu. W połączeniu z obserwatorami i strzelcami wyborowymi (nie zawsze dysponującymi specjalistycznymi karabinami, częściej dobrymi egzemplarzami Mauserów i Mosinów z poprawionymi spustami) rkm-y umożliwiały krótki, ale intensywny bój, który kończył się odskokiem i rozproszeniem według wcześniej uzgodnionego planu.
Granaty, miny, materiały wybuchowe: narzędzia dywersji
Podziemie żyło z inicjatywy i podstępu. Granaty – czy to polskie „filipinki”, czy zdobyczne niemieckie i radzieckie – były podstawowym wyposażeniem drużyn szturmowych. Ułatwiały oczyszczenie kluczowego pomieszczenia w budynku, dawały przewagę na schodach czy w korytarzu, a w zasadzce drogowej potrafiły zatrzymać pojazd przeciwnika, wytrącić obsadę z równowagi i otworzyć okno na szybkie uderzenie. Z minami i ładunkami wybuchowymi pracowano ostrożnie, głównie w celu blokowania ruchu kolumn, niszczenia mostków czy torów w punktach dogodnych do naprawy, tak by spowolnić przeciwnika, a nie wprowadzać chaos u ludności cywilnej. Powszechne były też atrapy min i zasadzki pozorowane – czasem skuteczniejsze niż ładunek, bo zmuszały wroga do długich oględzin i męczących objazdów.
Wyklęci, zwłaszcza ci z doświadczeniem dywersyjnym z AK, posługiwali się materiałami wybuchowymi rozważnie i celowo. W opowieściach z Lubelszczyzny i Podlasia nieraz powraca motyw „raz a dobrze”: wolniej, ale bez błędu, z przewagą rozpoznania i zaplanowaną drogą odwrotu. Dzięki temu zdobywano bezcenne minuty i godziny, ratujące ludzi i sprzęt, a jednocześnie budowano opinię oddziałów, które potrafią uderzyć tam, gdzie przeciwnik się nie spodziewa.
Zaopatrzenie, konserwacja i konspiracyjna rusznikarnia
Broń, której nie da się wyczyścić, prędko odmawia posłuszeństwa. W warunkach partyzanckich czyszczenie było rytuałem i dyscypliną. Stosowano to, co było pod ręką: oleje maszynowe, smary techniczne, filc, sznurek i improwizowane wyciory. Lufy wymagały szczególnej troski po marszu w deszczu i błocie, a magazynki – po każdym upadku w piasek. Zimą broń utrzymywano „na sucho”, z minimalną ilością środka smarnego, by uniknąć gęstnienia i zacięć. Z kolei wiosną i latem walczono z rdzą i grzybami, które w wilgotnych ziemiankach atakowały metal bez litości.
Konspiracyjni rusznikarze to osobny rozdział legendy. Niejedna wiejska kuźnia zamieniała się wieczorami w warsztat, gdzie dopasowywano części, naprawiano iglice, dociągano sprężyny, pilnikami poprawiano spasowanie zamków. Naprawy tłumików do Nagantów, regulacje muszki w Visach, dorabianie kolb do Stenów – to praca, która wymagała technicznego wyczucia i stalowych nerwów. Dzięki nim wiele egzemplarzy broni, skazanych z pozoru na złom, wracało do służby, często w lepszym stanie niż fabryczny standard. Zdarzało się, że z dwóch uszkodzonych egzemplarzy składano jeden sprawny – praktyka powszechna w oddziałach, które respektowały prawo do przeżycia każdej sprawnej sztuki uzbrojenia.
Zaopatrzenie amunicyjne opierało się na wieloźródłowości. Gdy kończyła się 9×19 mm do Stenów, polowano na magazyny MO lub kolumny z zaopatrzeniem, a w razie potrzeby reorganizowano drużyny tak, by zgrywać uzbrojenie z dostępnym kalibrem. Niektóre oddziały preferowały unifikację (np. przejście na pepesze i amunicję 7,62×25 mm), innych ratowała biegłość w logistyce. W realiach, gdzie każdy nabój miał znaczenie, uczono się specjalnej dyscypliny ognia: krótkie serie, ogień pojedynczy z karabinów, selektywne użycie rkm-u – to była codzienna ekonomia walki.
Taktyka użycia: zasadzka, manewr, odskok
Uzbrojenie Wyklętych nie funkcjonowało w próżni – było splecione z taktyką, którą charakteryzowały: rozpoznanie, decentralizacja, uderzenie i natychmiastowy odskok. W zasadzce drogowej, klasycznym akcie partyzanckim, rkm zajmował pozycję dominującą, osłaniany przez dwóch lub trzech strzelców. Grupa szturmowa uzbrojona w peemy czekała w ukryciu blisko drogi, podczas gdy ubezpieczenie tylne i boczne – zwykle z karabinami powtarzalnymi – kontrolowało dojścia. Po krótkim, intensywnym ogniu liczył się czas: przechwycenie broni, rozproszenie przeciwnika, szybkie zabranie amunicji i natychmiastowy odskok wyznaczoną ścieżką. Każdy wiedział, gdzie jego punkt zborny i jakie hasło obowiązuje na wypadek rozcięcia szyku.
W operacjach na małych miasteczkach kluczowe było zaskoczenie i precyzja. Dwa peemy wiodły grupę wchodzącą do budynku, z tyłu krył ich strzelec z karabinem, którego zadaniem było dystansowanie ewentualnych posiłków przeciwnika. Granat – jeśli już używany – otwierał drogę w najbardziej newralgicznym punkcie, ale zawsze z myślą o bezpieczeństwie cywilów. Radiotelegrafiści i łącznicy, choć nie są tematem tego artykułu, stanowili ciche rusztowanie akcji: bez łączności i meldunków nawet najlepsza broń nie miała wartości.
Znani dowódcy – jak Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”, Hieronim Dekutowski „Zapora”, Marian Bernaciak „Orlik”, Stanisław Sojczyński „Warszyc” czy Józef Kuraś „Ogień” – potrafili uczynić z posiadanego arsenału dźwignię manewru. To nie liczby decydowały, ale sposób myślenia: łączenie śmiałości z etyką odpowiedzialności, wrażliwość na teren, skrupulatne przygotowanie odwrotu. Silny punkt ogniowy, zapas magazynków, minimum słów i maksimum rozeznania – to recepta, która wielokrotnie pozwalała mniejszym oddziałom zwycięsko wychodzić ze starć lub, gdy to było celem, wyjść bez strat po skutecznym uderzeniu.
Najczęściej spotykane typy broni: przekrój przez realia
- Karabiny powtarzalne: Mauser 98k, Mosin M91/30 i krótsze wersje, rzadziej Mannlicher czy Lebel – zależnie od regionu i wojennych pozostałości.
- Pistolety maszynowe: Sten (kilka odmian), Błyskawica (wytwór polskiej konspiracji), MP 40, PPSz-41, PPS – trzon walk na bliski dystans.
- Pistolety: Vis wz. 35, TT-33, Nagant M1895, P38, Luger P08, Browning HP, Colt M1911 – broń dowódców i środek samoobrony zwiadowców.
- Ręczne karabiny maszynowe: RKM wz. 28 (BAR), MG 34, DP-27/DP-28 – „kotwice” zasadzki, umożliwiające kontrolę ognia i odwrotu.
- Granaty i ładunki: polskie „filipinki”, zdobyczne niemieckie i radzieckie, materiały wybuchowe do niszczenia infrastruktury militarnej przeciwnika.
Oczywiście, katalog był bogatszy o jednostkowe egzemplarze – trafił się STG 44, trafił się SWT-40, a nawet cięższe karabiny maszynowe w krótkim użyciu, jeśli tylko oddział mógł je przenieść i zasilić amunicją. Ale zasadą była użyteczność: to, co prostsze i łatwiejsze do utrzymania, cieszyło się pierwszeństwem.
Broń jako znak tożsamości i pamięci
W opowieściach weteranów powraca obraz karabinu noszonego z dumą i szacunkiem. Nie była to jedynie rzecz – towarzysz drogi, znak przynależności do wspólnoty. Przy przejściach przez kontrolowane trakty składano broń na części, ukrywano w wozach, w dwuściennych skrzyniach, w podwójnych dnach plecaków. Zdarzało się, że odrębne drużyny rozpoznawały się po typie noszonych peemów, po taśmach ładownic, po manierze noszenia rkm-u na pasie. Wyposażenie przenikało do kultury oddziału, do jego zwyczajów i żartów, do powiedzonek, które z czasem stawały się wspólną legendą.
Nad wszystkim unosił się jednak sens najważniejszy: broń była narzędziem sprawiedliwej walki o to, co dla tych ludzi było niekwestionowane – o Polskę wolną w wyborach i sumieniu. Dlatego w pamięci potomnych broni nie traktuje się jak fetyszu, ale jak świadectwa determinacji i ceny, jaką zapłacono za marzenie, które wydawało się wówczas poza zasięgiem. Dawne magazyny, odkrywane po latach w lasach czy stodołach, nie są dzisiaj już bojowym zasobem – są relikwiami wysiłku, w którym prosta, często sfatygowana broń łączyła się z wielkim, czystym celem. To dlatego wspomnienie uzbrojenia Wyklętych wzrusza: za każdym Mauserem, Stenem, pepeszą stoi żywa historia ludzi, których hart i dyscyplina budzą do dziś podziw.
Przykłady użycia i ikonografia: od legend do konkretnych epizodów
Relacje z Lubelszczyzny opisują zasadzki, w których otwierający ogień DP-27 kładł przeciwnika przy pierwszej serii, a dwójki z peemami – zwykle Stenami lub PPSz-41 – przejmowały broń, dokumenty i amunicję, po czym oddział rozpływał się w polach i laskach. Z kolei na Podlasiu wspomina się o czujnych czatach z karabinami powtarzalnymi, które trzymały dystans i uniemożliwiały ściągnięcie posiłków, podczas gdy trzon uderzeniowy wykonywał zadanie. W Małopolsce, szczególnie w rejonach górskich, kluczowy był dobór broni do ukształtowania terenu: krótkie peemy w ciasnych przesmykach, rkm na dominującym garbie, granaty jako doraźny sposób „wypchnięcia” przeciwnika z punktu oporu.
Ikonografia Wyklętych często pokazuje powtarzalne motywy: sylwetkę z pepeszą, ładownice do 9 mm na piersi, pas ładownic do karabinu Mausera, rkm przerzucony przez ramię. Nie jest to przypadek – to wizualny skrót codzienności oddziałów. Fotografie, które przetrwały, wpisują się w ten kod, a dla badaczy stanowią nieocenione źródło: po układzie ładownic i kabur można określić, jakie egzemplarze i w jakiej liczbie występowały w danej grupie, a nawet jakich modyfikacji dokonywano (np. dorabiane kolby do Stenów czy własnoręczne futerały pistoletowe).
Broń w kulturze konspiracji: regulaminy, rytuały, odpowiedzialność
Choć walczyli w cieniu, Wyklęci mieli jasne poczucie reguł. Wielu dowódców utrzymywało proste regulaminy broni: kto odpowiada za magazyn, jak liczy się amunicję, komu wolno przenosić rkm, kiedy i jak oddaje się broń do czyszczenia. Nie były to papierowe zapisy, lecz codzienne praktyki, które minimalizowały ryzyko wypadków i podnosiły skuteczność oddziału. Wspólne czyszczenie wieczorne bywało okazją do rozmowy i planowania, a także do nauki – młodsi uczyli się od starszych, jak wypatrzyć zużycie sprężyn, rozpoznać luz w zamku, jak dbać o lufę po serii strzałów.
Do tej kultury należał także szacunek dla cywilów. Broń noszono skrytą, gdy tylko było to możliwe; przed wejściem do wsi ubezpieczenie oceniało ryzyko, by nie ściągnąć represji. Mimo trudnych realiów po wojnie – z gęstą obecnością organów bezpieczeństwa – starano się oddzielać pola walki od miejsc, w których toczyło się życie zwykłych ludzi. Taki sposób myślenia wyrastał z idei, że broń nie jest celem, tylko środkiem: środkiem służby i odpowiedzialności wobec wspólnoty.
Dziedzictwo: co mówi nam arsenał Żołnierzy Wyklętych
Dziedzictwo broni Wyklętych to opowieść o mądrej gospodarce skąpym zasobem i o pomysłowości, która z niedostatku czyniła siłę. Jeśli dziś muzealne gabloty pokazują pepeszę obok Stena, a nad nimi wisi Vis – to nie tylko zbiór ciekawych eksponatów, lecz esencja realiów, w jakich trzeba było zachować ciągłość walki. Wielogłos kalibrów, standardów i systemów broni nie przeszkodził oddziałom działać sprawnie; przeciwnie, zmusił do dyscypliny, współpracy i kreatywności. To dlatego wspomnienie o tych ludziach splata się z obrazem karabinu czy peemu – bo bez broni ich wybór moralny nie mógłby wybrzmieć w świecie, który rozumiał przede wszystkim język siły.
Żołnierze Wyklęci, których wierność wartościom przetrwała najciemniejszy czas, zasługują na pamięć i wdzięczność. Ich uzbrojenie nie było doskonałe ani jednolite, ale w rękach ludzi z charakterem stawało się narzędziem skutecznej walki. Gdy wspominamy ich z podziwem, widzimy nie tylko stal i drewno, ale ludzi, którzy z bronią w dłoni podtrzymywali płomień polskiej wolności. Ta opowieść nie kończy się w magazynie czy w muzealnej sali; żyje w kulturze pamięci, w badaniach, w pasji rekonstruktorów i w cichych miejscach, gdzie niegdyś brzmiał odgłos krótkiej serii, a teraz słychać tylko wiatr w lasach. W tej ciszy łatwiej zrozumieć, dlaczego dla Wyklętych broń była zarazem ciężarem i zaszczytem – świadectwem ich wyboru i miary wielkości, która nie potrzebuje wielu słów, by brzmieć przejmująco.
