W cieniu powojennego chaosu i narzuconego Polsce systemu totalitarnego, w gmachach powiatowych i wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa rozgrywały się dramaty, które na trwałe zapisały się w historii. To właśnie tam, podczas przesłuchań w UB, krystalizowały się postawy ludzi, których nazywamy Żołnierzami Wyklętymi: partyzantów i konspiratorów podziemia niepodległościowego, dla których idea wolność nie była hasłem, lecz miarą człowieczeństwa. Opowieść o tym, jak wyglądały przesłuchania, to zarazem opowieść o metodach państwowego terroru, ale również o sile ludzkiego charakteru, o wierności zasadom, o tym, jak daleko potrafiła sięgnąć odwaga, gdy stawką była prawda, życie towarzyszy i przyszłość kraju. W realiach, w których strach miał paraliżować, wielu wybrało postawę, którą dzisiaj nazywamy niezłomność – i to właśnie ten wymiar ich losu warto wydobyć, objaśniając zarazem mechanikę przesłuchań, ich cel i przebieg.

Państwo w państwie: struktura UB i droga od aresztu do celi

Urząd Bezpieczeństwa był kręgosłupem systemu represji w pierwszej dekadzie powojennej Polski. Podporządkowany Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, działał siecią Wojewódzkich (WUBP) i Powiatowych (PUBP) jednostek, w których pion śledczy odpowiadał za pozyskanie informacji, łamanie struktur podziemia oraz przygotowywanie spraw do prokuratury wojskowej i sądów doraźnych. Dla aresztowanych – szczególnie dla ludzi związanych z Armią Krajową, Delegaturą Sił Zbrojnych czy Zrzeszeniem Wolność i Niezawisłość – droga do celi rozpoczynała się często od nocnego najścia: mieszkanie otaczano, następowało przeszukanie, konfiskata dokumentów i zatrzymanie rodziny jako środka nacisku. Już w drodze do siedziby UB bywały stosowane ciosy, upokorzenia, a czasem prowokacje mające sprawdzić reakcję zatrzymanego.

Po rejestracji – odciskach palców, zdjęciu, ankiecie personalnej – rozpoczynał się okres izolacji. Aresztowany trafiał do celi przejściowej albo od razu do karceru, jeśli „nie współpracował”. Śledztwo było rytmem wyczerpujących przesłuchań, przerywanych bezsennymi nocami, przestojami i nasłuchiwaniem kroków na korytarzu. Praktyka „nocnej zmiany” miała swój cel: rozbicie biologicznego zegara, wytworzenie poczucia bezsilności i oddanie człowieka w ręce śledczych w chwili największej słabości. W tym świecie to nie prawa przysługiwały obywatelowi, lecz człowiek stawał się materiałem do obróbki, a protokół – narzędziem oskarżenia.

Ważnym elementem „przygotowania” było też rozbijanie sieci zaufania. UB operował gęstą informacją pochodzącą od agentury, aresztowanych konfrontowano z doniesieniami, czasem z przygotowanymi z góry opowieściami „świadków”. Wielu trafiało do celi z „kolega-informatorem”, który miał skłonić do zwierzeń, wywoływać rozmowy o pseudonimach, kontaktach, melinach. Sowicie opłacani lub zastraszeni, tacy lokatorzy stawali się przedłużeniem gabinetu śledczego.

Techniki łamania: presja fizyczna, psychiczna i gra protokołem

Przesłuchanie w UB miało charakter scenariusza zróżnicowanego metodami i intensywnością. W miarę trwania śledztwa pojawiały się coraz bardziej wyrafinowane formy nacisku – od udręki fizycznej po manipulację emocjami i wartościami. Celem było nie tylko wydobycie informacji, ale zbudowanie spójnej narracji oskarżenia, którą można będzie wstawić do akt i odczytać w sądzie. Śledczy, często świetnie wyszkoleni i bezwzględni, korzystali z wachlarza technik.

Konwejer i bezsenność

Jedną z najbardziej charakterystycznych praktyk był „konwejer”: kilkunastogodzinne przesłuchania prowadzone przez zmieniających się funkcjonariuszy, bez chwili snu, z agresywnym światłem w oczy. Już po kilku godzinach koncentracja pękała; po dobie – pamięć zwodziła, a wraz z nią rosło ryzyko „przyznania się” do treści podpowiadanych przez śledczego. W tle krążyła groźba, że „za chwilę zajmiemy się rodziną”, często podparta pokazaniem zatrzymanych bliskich. Tak wytwarzano poczucie nieuchronności.

Przemoc i upokorzenie

Uderzenia w twarz, kopnięcia, przymusowe „stójki” przy ścianie, przetrzymywanie w mokrym karcerze, odbieranie posiłków i wody – to repertuar, który bywał używany rutynowo. Czasem przemoc przyjmowała formy „ćwiczeń” – kucania, „żabek”, długiego klęczenia, aż do skurczów mięśni. Upokorzenie miało równie destrukcyjną moc: wyzywanie, obelgi, rozbijanie tożsamości religijnej i patriotycznej, szydzenie z wartości i przeszłości, w tym z odznaczeń AK czy wojennych ran. Chodziło o to, by odrzeć człowieka z poczucia własnej godność i uczynić go podatnym na dyktando protokołu.

Manipulacja protokołem i gra „dobrego–złego”

Kiedy opór fizyczny nie pękał, śledczy sięgali po narzędzia papierowe. Tworzyli protokoły „uzupełniane” po fakcie, dopisywali kluczowe zdania, podsuwali sformułowania, nad którymi na wpół przytomny aresztowany nie miał kontroli. Służyła temu także taktyka „dobrego i złego” – po brutalnym śledczym wchodził ten „wyrozumiały”, przynosił herbatę, obiecywał ulgę, a czasem tylko „techniczny podpis”. Jeden ruch pióra uruchamiał lawinę oskarżeń. Innym razem pokazywano „przyznanie się” towarzysza z oddziału – prawdziwe lub sfałszowane – tworząc złudzenie, że „i tak wszystko wiadomo”.

Propaganda i pokazowe procesy

Wyjęte z kontekstu, sklejone zeznań, słowa zniszczone przez nacisk, stawały się osią akt oskarżenia. W sądach wojskowych, często przy drzwiach zamkniętych, zapadały wyroki wieloletnie lub śmierć. Nie chodziło o sprawiedliwość – chodziło o legitymizację systemu: pokazanie, że przeciwnik jest „bandytą”, i że państwo ma prawo go zniszczyć. Taki mechanizm wymagał inżynierii akt – a źródłem tej inżynierii był gabinet śledczy UB.

Milczenie, grypsy, rytuały oporu: niewidzialne zwycięstwa

Mimo przewagi aparatu, przesłuchania UB często natrafiały na mur, który nie miał formy karoserii ani krat – mur tworzyły charakter i wewnętrzna dyscyplina ludzi podziemia. Wyklęci, wywodzący się najczęściej z AK, BCh czy później WiN, wnieśli w powojenną rzeczywistość kapitał konspiracyjnej higieny: ograniczone zaufanie, zasadę „wiedzieć tyle, ile trzeba”, umiejętność zacierania śladów. W śledztwie przekładało się to na postawę milczenia i odpowiedzi na okrągło, powtarzanie wersji bezpiecznej, niekiedy celowej dezinformacji, by zyskać czas dla zagrożonych współpracowników. Każdy dzień w celi, bez zdrady, był zwycięstwem człowieka nad przemocą państwa.

Duchowym kręgosłupem była wspólnota wartości, którą można streścić w kilku słowach: honor, sumienie, poświęcenie. Modlitwa, szeptane różańce, wspólne śpiewanie – nawet jeśli karane – porządkowały czas. Rozmawiano alfabetem Morse’a przez ścianę, stukając, przekazując krótkie komunikaty: „trzymaj się”, „nie podpisać”, „proces jutro”. Pojawiały się grypsy – maleńkie zwitki papieru, wynoszone przez obrońców, sprzątaczki lub współczujących funkcjonariuszy. W grypsach utrwalano fakty, ale i ciche przysięgi: „stoję, nie załamię się”. Te drobne gesty tworzyły nić, po której przeszła w następnych pokoleniach pamięć – i to ona ostatecznie wytrąca państwowej przemocy monopol na opowieść.

Niektóre taktyki oporu miały praktyczny wymiar operacyjny. Aresztowani starali się nie ujawniać pseudonimów, zastępowali nazwiska opisami, minimalizowali liczbę szczegółów rozpoznawczych, przenosili „ciężar winy” na zmarłych lub nieistniejących. W skrajnych sytuacjach brali na siebie odpowiedzialność, by odciążyć młodszych czy mniej doświadczonych. W tej dyscyplinie objawiała się nie tylko konspiracyjna szkoła, lecz także zakorzenienie w wspólnocie, którą najlepiej oddaje słowo solidarność.

Imiona i twarze niezłomnych: świadectwa, które znaczą

Choć dokumenty UB opowiadają o sprawach, protokołach i paragrafach, historia pamięta światłem imiona. Życiorysy poszczególnych żołnierzy pokazują skalę okrucieństwa śledztw i jednocześnie siłę ludzkiej postawy. Oto kilka postaci, które stały się punktami odniesienia dla zrozumienia, czym były przesłuchania w UB i jak reagowała na nie wspólnota podziemia.

  • Witold Pilecki – ochotnik do Auschwitz, po wojnie aresztowany przez UB, brutalnie torturowany. Nie wyrzekł się swoich racji. Gdy po procesie stanął wobec śmierci, do końca zachował spokój. W pamięci współwięźniów pozostał jako człowiek, którego wewnętrzna odwaga i pogoda ducha były schronieniem dla innych.
  • August Emil Fieldorf „Nil” – dowódca Kedywu AK, po wojnie oskarżony w procesie pokazowym, stracony. Odmówił współpracy i złożył wyjaśnienia, które nie ułatwiały śledczym budowania fałszywych narracji. Jego postawa podtrzymywała wiarę, że prawda ma wartość niezależną od chwilowej mocy państwa.
  • Hieronim Dekutowski „Zapora” – cichociemny, dowódca oddziałów na Lubelszczyźnie. Po aresztowaniu przeszedł ciężkie tortury, ale nie wydał ludzi. Wykorzystał w śledztwie wszystkie znane mu techniki maskowania informacji, chroniąc siatkę cywilną.
  • Łukasz Ciepliński „Pług” – prezes IV Zarządu WiN. W listach z celi zapisał kodeks postępowania: wierność wartościom i troskę o najbliższych. W gmachu śledczym znoszono wobec niego szykany i długie konwejery; do końca zachował dyscyplinę milczenia o sprawach, które mogły zagrozić towarzyszom.
  • Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” – dowódca 5. Brygady Wileńskiej AK. Przeszedł przez śledztwo, które miało nie tylko wydobyć informacje, ale uczynić z niego symbol przestrogi dla innych. Nie złamano go; w pamięci wielu stał się symbolem, że wierność zasadom i honor to nie patos, lecz praktyka dnia codziennego.
  • Danuta Siedzikówna „Inka” – sanitariuszka 5. Brygady, aresztowana jako nastolatka. Przesłuchiwana, zastraszana, do końca trwała przy swoim. Jej los pokazuje, że poświęcenie i przywiązanie do wartości nie jest zarezerwowane dla dowódców – to wspólna nić pokoleniowa.

Te biogramy nie są zamkniętą listą. W wielu miastach i miasteczkach bezimienne postacie przechodziły przez te same korytarze, te same gabinety, te same pytania. Każde wymiganie się od odpowiedzi, każdy unik, każde „nie pamiętam” – miało wagę. W tym sensie przesłuchania, zaprojektowane jako narzędzie totalnego podporządkowania, paradoksalnie odsłaniały fundamenty charakteru, oparte na sumienie i wewnętrzną dyscyplinę.

Protokół jako broń: jak konstruowano „prawdy urzędowe”

Rola protokołu w śledztwie UB była większa niż się zazwyczaj sądzi. Nie był on jedynie zapisem – był matrycą opowieści, która miała stać się prawdą urzędową. Dlatego tak ważne było dopasowanie treści do potrzeb sądu: wpisanie konspiracji w rubrykę „bandytyzm”, połączenie przypadkowych faktów w pozornie logiczną całość. Przesłuchujący przygotowywali „pytania naprowadzające”, rozbudowywali wątki poboczne, aby odwrócić uwagę i złamać opór przy kwestiach kluczowych. W wielu przypadkach to, co najistotniejsze, nie padało – dzięki determinacji aresztowanych – a mimo to akta rosły.

Trzeba też pamiętać o sztuce fałszywych konfrontacji. Wprowadzano do pokoju inną osobę, rzekomo „z tego samego oddziału”, która potwierdzała wersję UB. Bywało, że była to rzeczywista ofiara – złamana torturami – ale bywało i tak, że to agent lub prowokator. W tym chaosie jedyną kotwicą pozostawała wewnętrzna niezłomność – powrót do krótkich, sprawdzonych formuł, które nie rozchylały żadnych drzwi, a jednocześnie nie dawały pretekstu do eskalacji przemocy.

Gdy akta były gotowe, prokurator wojskowy kompletował zarzuty i pchał sprawę do sądu. Wyroki – wieloletnie więzienie, ciężkie roboty, a nierzadko śmierć – zamykały etap śledztwa. Lecz dla pamięci wspólnoty to, co wydarzyło się wcześniej, pod lampą gabinetu śledczego, było momentem próby, która decydowała o losach wielu ludzi na wolności.

Miejsca i rytuały: geografia strachu i pamięci

Śledztwa UB rozgrywały się w konkretnych miejscach, które weszły do historycznego imaginarium: Mokotów i Rakowiecka w Warszawie, Montelupich w Krakowie, siedziby WUBP w Białymstoku, Lublinie, Gdańsku, Rzeszowie, Katowicach, Wrocławiu. Korytarze o stłumionym świetle, drewniane krzesła w pokojach przesłuchań, grube teczki spięte sznurkiem – to elementy scenografii, które powracają w relacjach. Były też „rytuały”: golenie głowy, odbieranie pasa i sznurówek, nagłe budzenie w nocy, stawianie do raportu, przenoszenie z celi do celi w celu izolacji. Każdy taki gest miał znaczenie psychologiczne – odarcie z rutyny miało pozbawić narzędzia oceny czasu i prawdy.

W geografii tej pojawia się jeszcze jedno miejsce – doły śmierci, bezimienne kwatery, „łączki”, w których grzebano potajemnie ofiary. Powązki w Warszawie, nieoznaczone groby w wielu miastach, zamknięte cmentarne alejki – to mapy, na których odczytujemy rację stanu aparatu: zniszczyć wroga i jego imię. A jednak po latach wracała pamięć: prace ekshumacyjne, identyfikacje, imienne pochówki. Każdy odnaleziony bohater opowiadał jednocześnie o mroku przesłuchań i świetle postawy.

Żołnierze Wyklęci w ogniu przesłuchań: etos i spór o przeszłość

O Wyklętych mówi się dziś wiele: to ikona oporu wobec totalitaryzmu, symbol przekonania, że naród może trwać wbrew przemocy. Ich los w gabinetach UB jest szczególnym rozdziałem tej opowieści. To nie byli ludzie nieskalani wątpliwościami czy bólem; to byli ludzie, którzy – niekiedy bardzo młodzi – podejmowali decyzje najtrudniejsze z możliwych. W śledztwie ich etos polegał na tym, by nie sprzedać towarzyszy, by chronić rodziny, by wziąć na siebie, co się da. Nie ma nic romantycznego w siniakach i bezsenności – romantyczny jest sens trwania: lojalność i honor rozumiany jako odpowiedzialność za słabszego.

Naturalnie, dzieje powojennej konspiracji mają swoje złożoności, a pojedyncze życiorysy bywają przedmiotem sporów. Pamięć dojrzała nie ucieka od trudnych pytań – ale tym bardziej docenia to, że w czasach chaosu tysiące ludzi niosło ideał wolność przez najciemniejsze korytarze. Bez zrozumienia praktyki przesłuchań UB, ich systemowego charakteru i skali łamania elementarnych praw, nie sposób zrozumieć, skąd wzięła się skala milczenia i determinacji, która przetrwała w listach, grypsach, relacjach świadków.

Lekcje z gabinetu śledczego: co mówią nam dziś tamte doświadczenia

Opowieść o przesłuchaniach w UB nie jest jedynie kroniką przemocy – to także mapa wartości, które pozwalają człowiekowi ocalić siebie w świecie, który chce go skolonizować. Dla Żołnierzy Wyklętych tym kompasem była triada: prawda, honor, sumienie. W praktyce śledczej oznaczało to: nie dać się wciągnąć w kłamstwa protokołu, nie zostawić towarzysza, nie wybierać mniejszego zła kosztem niewinnych. Te proste reguły miały moc rzeczową: chroniły sieci, ukrywały rodziny, ratowały życie. Miały też moc symboliczną: pokazywały, że nawet w sytuacji skrajnej człowiek może być podmiotem, a nie tylko przedmiotem.

W tym sensie wspomnienie o Wyklętych to nie tylko celebracja bohaterstwa, ale i przestroga: każda władza, która buduje swoje trwanie na strachu i fałszu, prędzej czy później zderzy się z oporem zakorzenionym w godności i świadomości. A opór ten – choć bywa bezbronny – potrafi odmienić oś historii. Dlatego tak ważne jest, aby towarzyszyć pamięci czynem: rzetelną edukacją, badaniami nad śledztwami UB, troską o miejsca pamięci i rodzinami ofiar. Pamiętając o tym, jak wyglądały przesłuchania, pamiętamy o cenie, jaką płaci się za wolność, i o tym, że to słowo nie jest abstrakcją, tylko codziennym wyborem.

W gabinecie śledczego zwyciężał nie ten, kto zadawał pytania, ale ten, kto nie pozwalał go złamać. To zwycięstwo było ciche, często bez świadków, zapisywane na marginesach protokołów śladami drżącej dłoni. Dzięki niemu, mimo brutalności aparatu i pozornej wszechmocy, przetrwała w ludziach iskra, z której po latach dało się odbudować wspólnotę. Tę iskrę, której imię brzmi: odwaga, niezłomność, godność, prawda, poświęcenie, sumienie, honor, wolność, solidarność, pamięć.