Byli młodzi i dojrzali, ze wsi i z miast, po wojsku podziemnym, po obozach, po frontach – i po krótkiej nadziei, że okupacja dobiegła końca. Gdy okazało się, że w miejsce jednego jarzma przychodzi drugie, postanowili nie składać broni. Ich wybór nie był gestem buntu dla buntu, lecz aktem wierności wobec idei państwa, w którym prawo znaczy prawo, a słowa składanej przysięgi ważą więcej niż oportunizm chwili. Żołnierze podziemia, których komunistyczna propaganda nazwała Wyklętymi, podjęli walkę o wolność i sens polskiej państwowości. Zaatakowani przez machinę resortów bezpieczeństwa, stali się częścią opowieści o odwadze cywilnej i żołnierskiej – lecz także o sądowym teatrze, który miał ich skazać na niepamięć. Procesy pokazowe były narzędziem politycznym: miały nie tylko uwięzić człowieka, ale uderzyć w jego reputację, rozbić wspólnotę i nauczyć społeczeństwo strachu. Jak wyglądały? Co w nich było reżyserią, a co dramatem prawdziwych ludzi? O tym jest ten tekst – o mechanizmach, które miały upokorzyć i złamać, a jednak zostawiły po sobie ślad w postaci świadectwa, że niezłomność może przetrwać nawet w warunkach z góry przegranego procesu.
Państwo, które bało się swoich bohaterów: tło prawne i instytucjonalne
Powojenny system sądownictwa w Polsce podporządkowany był logice politycznej, a nie rządom prawa. Nie przyszedł znikąd – wyrósł z doświadczenia sowieckiego, w którym sąd miał służyć celom rewolucji. W praktyce oznaczało to, że sedno wyroku nie powstawało na sali, lecz w gabinecie oficera politycznego lub w gmachu resortu, gdzie ustalano „założenia” postępowania. Klucz stanowiły dekrety o charakterze wyjątkowym: o ochronie Państwa z 1944 roku oraz tzw. Mały kodeks karny z 1946 roku, których szeroko rozumiane przepisy o „zdradzie” i „dywersji” pozwalały ścigać niemal każdą formę oporu, opinii czy kontaktu z niepożądaną organizacją. Tryb doraźny przyspieszał postępowania i rozszerzał katalog kar, zaś właściwość sądów wojskowych pozwalała oddać „sprawę” ludziom związanym z aparatem władzy.
Wokół tego zbudowano instytucjonalne rusztowanie: Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i jego terenowe jednostki, wojskowe sądy rejonowe i specjalnie wyszkolona prokuratura. Śledztwa prowadziły wydziały posiadające uprawnienia quasi-operacyjne i quasi-sądowe naraz. W praktyce dawało to jedną, skondensowaną machinę. W śledztwie naciskano nie tylko na oskarżonego, ale i na jego bliskich; do akt trafiały „zeznania” wymuszone przemocą, a do gazet — linie interpretacyjne, które wcześniej przygotowywała propaganda. Zanim ogłoszono termin rozprawy, w zakładach pracy organizowano masówki potępiające „bandytów”, a w szkołach – pogadanki o groźnych „reakcjonistach”. Obiekt procesowy, człowiek z krwi i kości, stawał się znakiem ostrzegawczym.
Żołnierze podziemia zderzali się więc z wymiarem „sprawiedliwości” zaprojektowanym tak, by udowodnić ich winę niezależnie od faktów. I właśnie to czyni ich postawę godną uznania: w beznadziejnej konfrontacji potrafili zachować honor i spokojny ton odpowiedzi. Nie chodziło o teatralne gesty, lecz o cichą konsekwencję: stanąć, patrzeć w oczy sędziom, mówić tyle, ile sumienie pozwala, i nie podpisywać kłamstw.
Od aresztu do sali sądowej: anatomia procesu pokazowego
Proces pokazowy nie zaczynał się zarządzeniem o wyznaczeniu terminu. Jego prologiem była zasadzka: areszt dokonany tak, by odizolować człowieka od świata, zabrać mu rytm dnia i nocy, zburzyć oparcie w pamięci. W aresztach śledczych — najczęściej w miastach wojewódzkich — stosowano techniki wyniszczające psychicznie: wielogodzinne przesłuchania, pozbawianie snu, światło w twarz, przerzucanie z jednej celi do drugiej, by nie mógł zbudować więzi. Pojawiały się prowokacje operacyjne, w których do celi wprowadzano „więźnia” podstawionego, aby ustalić „linię obrony” oskarżonego i wyłuskać nazwiska. W tym czasie równolegle spisywano protokoły – często w gotowych formularzach – w których każde zdanie miało pracować na późniejszą narrację o „zbrodniach”.
Kluczowe elementy etapu przygotowawczego:
- Wstępne rozpoznanie personaliów i próba złamania tożsamości oskarżonego: odebranie dokumentów, fotografii, odzieży z insygniami czy pamiątek po oddziale.
- Konstrukcja aktu oskarżenia na podstawie szerokich, nieostrych przepisów – tak, aby wykazać „spisek”, „dywersję” lub „szpiegostwo”, niezależnie od realnego charakteru działalności.
- Dobór składu sądu i prokuratora pod kątem przewidywanego wyniku — tak, by na sali nie było miejsca na wątpliwość.
- Instruktaż propagandowy: przygotowanie komentarzy prasowych i radiowych, rekwizycja cytatów, które miały paść na sali, oraz „zaproszenie” publiczności z aktywu partyjnego.
- Nacisk na obrońcę z urzędu: wskazanie linii obrony zgodnej z aktem oskarżenia, tak by obrońca w praktyce legitymizował zarzuty.
Gdy nadchodził dzień rozprawy, sala była gotowa jak scena. Świadkowie „przygotowani”, ława „publiczności” zapełniona, a oskarżony prowadzony pod eskortą. Wprowadzenie go – osłabionego, nierzadko po izolacji – miało działać na wyobraźnię. Protokolant odczytywał akt oskarżenia, zwykle długi, naładowany słowami kluczami: „terror”, „morderstwo”, „reakcja”, „wróg ludu”. Prokurator odwoływał się do patosu, zgrabnie łącząc rzekome czyny z globalnym obrazem spisku przeciw odbudowującemu się krajowi.
Obrona? W realiach procesu pokazowego sprowadzała się często do formuły: „zostawiam sprawę uznaniu wysokiego sądu”. A jednak zdarzały się momenty, które rozbrajały patos oskarżenia: krótkie, rzeczowe odpowiedzi oskarżonych, że ich celem było państwo polskie niepodległe, że rozkazy wykonywali zgodnie z prawem Rzeczypospolitej, że nie brali na cel cywilów, że za krzywdy odpowiada okupant i nowy aparat przemocy. Tych słów nie relacjonowano w prasie – ale zapadały w pamięci obecnych i trafiały do przekazu mówionego. To była ich cicha lekcja prawda przeciw propagandzie.
Sala jako teatr: rola sędziego, prokuratora i „publiczności”
W procesie pokazowym sędzia stawał się reżyserem. Zadania miał podzielone: utrzymać rygor, nie dopuścić do „niepożądanych” wątków, wzmacniać opowieść prokuratora. Pytania pomocnicze kierował nie po to, aby coś wyjaśnić, lecz żeby domknąć klamrę. Prokurator był mówcą – ze swadą i agitacyjną nutą, wygłaszając tyrady o „interesie ludu”. Publiczność – dobrana – dawała znaki: westchnienie, chichot, szept. Nie był to zwykły tłum; to była scenografia zamiaru politycznego.
Rytuał miał też swoją dramaturgię: momenty napięcia, gdy oskarżony odmawiał odpowiedzi na pytania prowokacyjne, gdy przypominał o swojej przysiędze wojskowej, gdy prostował kłamstwa. Jeden człowiek, bez wsparcia, bez dokumentów i dostępu do dowodów, potrafił nieraz odwrócić symbolikę wydarzenia: z „bandyty” stawał się na oczach świadków kimś, kogo próbuje się uciszyć właśnie dlatego, że jest wierny. W takich chwilach, nawet w tej aranżowanej przestrzeni, wracała do głów podstawowa miara: godność osoby.
Wyrok był często znany wcześniej. Czasem ogłaszano go od razu, czasem po krótkiej przerwie. Jeśli zapadała kara śmierci, wniosek o łaskę pisany w imieniu skazanego rozpatrywano mechanicznie, często odrzucając go bez merytorycznych powodów. Bramy więzienia zamykały się za oskarżonym już nie jako wolnym człowiekiem, ale jako kimś, kogo państwo chciało wymazać z życia zbiorowego.
Twarze i sprawy: linie odmowy i świadectwa
Witold Pilecki
Oficer, który z własnej woli poszedł do niemieckiego obozu koncentracyjnego, by założyć tam siatkę wywiadowczą i dostarczać raporty o zbrodniach. Po wojnie, gdy próbował rozpoznać struktury nowego aparatu, trafił do aresztu. W procesie pokazowym przedstawiony jako „szpieg” i „dywersant”, mówił o swojej służbie bez patosu, jasno i konkretnie. Nie miał broni poza spokojem, a jednak udało mu się przebić przez retorykę oskarżenia. Jego postawa pokazuje, że męstwo bywa najczytelniejsze wtedy, gdy nie ma już żadnych środków nacisku poza własnym głosem.
August Emil Fieldorf „Nil”
Generał Armii Krajowej, zastępca Komendanta Głównego, człowiek, który odbudowywał struktury polskiego wojska w warunkach okupacji. Aresztowany pod fałszywym nazwiskiem, rozpoznany, skazany w procesie, który z całą premedytacją przestawił porządek wartości: z żołnierza zrobiono „zbrodniarza”. Odrzucił prośbę o łaskę, ponieważ nie chciał prosić władzy, którą uważał za narzuconą, o cokolwiek poza szacunkiem dla faktów. To była etyka – nie pozór.
Łukasz Ciepliński „Pług” i kierownictwo WiN
Prezes Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” był symbolem kontynuacji politycznej walki o państwo – już nie z bronią, ale z piórem i łącznością, z wywiadem i pracą informacyjną. Oskarżony o „kierowanie bandami”, odpowiadał, że celem WiN było niedopuszczenie do sowietyzacji kraju i informowanie Zachodu o realnej sytuacji. W listach do rodziny – pisanych czasem w przerwach między przesłuchaniami – pozostawił świadectwo wierności. Ich proces był wieloosobowy, demonstracyjny: miał pokazać, że struktury cywilnego oporu to rzekomo gniazdo terroru. Przekaz nie wytrzymał próby czasu.
Hieronim Dekutowski „Zapora”
Legenda oddziałów partyzanckich Lubelszczyzny. W procesie skonfrontowano go z zarzutami, że dowodził „bandami”, że terroryzował ludność. Odpowiadał prosto: że walczył z tymi, którzy walczyli z Polską, że nie atakował bezbronnych, że jego celem było rozbicie sieci donosicieli i grup, które prowadziły polowanie na byłych żołnierzy podziemia. Współoskarżeni mówili podobnie. Skazany, stał na baczność, słysząc wyrok – do końca z żołnierską dyscypliną.
Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”
Dowódca 5. Brygady Wileńskiej, człowiek, którego próbowano uczynić symbolem „reakcji” i „bandytyzmu”. W procesie pokazowym nie chodziło o badanie prawdy, ale o ideologiczny obraz – mimo to jego imię przetrwało, a wraz z nim pamięć o żołnierzach z Wileńszczyzny, którzy chcieli innej Polski niż ta, którą przyniosły bagnety obcego imperium.
Danuta Siedzikówna „Inka”
Nastoletnia sanitariuszka. Oskarżona o udział w rzekomych zbrodniach, choć jej rola była opiekuńcza i medyczna. Zapisała się słowami, że „zachowała się jak trzeba”. To nie była dewiza triumfującego zwycięzcy, lecz człowieka, który w chwili najwyższej próby wiedział, jak odróżnić dobro od zła. Z perspektywy prawa naturalnego jej postawa jest przejmująca – bo mówi o tym, że sprawiedliwość zaczyna się w sumieniu.
Propaganda i język procesu: jak budowano obraz „wroga”
Procesy pokazowe to nie tylko kodeks i sala sądowa, ale i słowa. Metoda była powtarzalna: epitet zamiast argumentu, plakat zamiast dokumentu, krzykliwe nagłówki zamiast rzetelnych relacji. „Banda”, „pachołkowie reakcji”, „zdrajcy sprawy narodowej” – takimi kliszami zastępowano analizę faktów. Prasa reżimowa prowadziła narrację sklejającą różne przypadki w jedną opowieść o „terrorze podziemia”, podczas gdy znaczna część aktywności powojennych oddziałów polegała na ochronie ludzi zagrożonych represjami, zdobywaniu informacji o działaniach aparatu oraz samoobronie przed obławami. Ten rozdźwięk między językiem propagandy a realnym życiem jest kluczem do zrozumienia, dlaczego tak wiele osób – mimo kampanii – zachowało do Wyklętych szacunek.
W języku oskarżenia nie było miejsca na niuanse. Jeśli podczas okupacji niemieckiej ktoś dowodził oddziałem AK, to w nowej narracji łatwo czyniło się zeń „fachowca od przemocy”. Jeśli kontynuował działalność konspiracyjną, określano to jako „współpracę z imperialistami”. Oskarżeni odpowiadali, że ich celem jest niepodległe państwo i że akceptują porządek oparty na pluralizmie. Słowo „imperializm” zderzało się ze słowem, które znaczyło tu wszystko: suwerenność.
Ważny był także obraz: fotografie z ujęć, na których oskarżeni wyglądali na zmęczonych lub rzekomo „zdemoralizowanych”. Późniejsze procesy rehabilitacyjne ujawniły, jak bardzo tamte obrazy były wykorzystywane do budowania gotowych wniosków. Dziś, gdy patrzymy na zachowane stenogramy, widzimy wyraźnie: miejscami to nie są spory prawne, tylko kampanie retoryczne, których celem było zastraszenie społeczeństwa.
Wyrok, więzienie, zapomnienie – i miejsce pochówku
Najokrutniejszym wymiarem procesu pokazowego była jego konsekwencja: celowe „zniknięcie” człowieka. Wyroki śmierci wykonywano szybko, w odcięciu od rodziny i opinii publicznej, pod osłoną więziennej rutyny. Miejsce pochówku utajniano, aby nie powstały naturalne punkty pamięci. Do języka weszło słowo „Łączka” – kwatera na warszawskich Powązkach, gdzie przez dziesięciolecia spoczywali anonimowo Ci, których chciano wymazać. A jednak nawet tak zaplanowane wyciszenie nie odniosło pełnego skutku: ludzie pamiętali, przekazywali historie, przechowywali listy pożegnalne i skrawki dokumentów. W niektórych domach odmawiano modlitwę bez grobu – za nieobecnych, którzy „wrócą, gdy Polska wróci”.
Po latach przyszły rehabilitacje: uchylanie wyroków, prostowanie akt, przeprosiny ze strony instytucji, które w nowej rzeczywistości państwowej odzyskały misję. Nie wymażą one jednak strat, bólu i lat. Mogą natomiast złożyć świadectwo, że prawda i pamięć o tamtych ludziach jest częścią fundamentu, na którym buduje się wspólnotę polityczną. To jest dług zaciągnięty wobec tych, którzy trwali bez gwarancji zwycięstwa.
Dlaczego ich postawa inspiruje: wymiar etyczny i obywatelski
Żołnierze Wyklęci nie byli figurami z brązu. To byli ludzie ze wszystkimi ograniczeniami świata powojennego, z błędami i dramatami. A jednak ich zasadniczy wybór — wierność przysiędze i sprzeciw wobec narzuconej przemocy — ma w sobie coś, co przekracza spór doraźny. Uczy, że państwo bez reguł to tylko aparat, a naród bez pamięci staje się tłumem. Uczy, że nawet sam na sam z machiną można ocalić rdzeń siebie. Uczy wreszcie, że najtwardsza z ludzkich sił to nie pięść, tylko zespół wartości: solidarność, odpowiedzialność, skromność i praca dla dobra wspólnego.
Ich historia jest zaprzeczeniem cynicznej logiki „cel uświęca środki”. Nie uciekali w wygodne relatywizmy. W salach sądowych mówili o Polsce jako wspólnym domu, w którym każdy ma mieć swoje miejsce. Być może dlatego procesy — mające być narzędziem kompromitacji — stawały się paradoksalnie miejscem, gdzie prawdziwa hierarchia pojęć wracała na właściwe miejsce. W decydujących chwilach ważniejsze okazywały się: honor, odpowiedzialność, a przede wszystkim sprawiedliwość rozumiana nie tylko jako paragraf, ale jako porządek moralny.
Nie jest przypadkiem, że słowo „wyklęci” nie przetrwało w sensie nadanym przez ówczesną propagandę. Zostało odwrócone i napełnione nową treścią: nie jako stygmat, lecz jako znak. Znak ludzi, którzy zapłacili najwyższą cenę za to, by w przyszłości można było mówić w kraju własnym językiem, uczyć własnej historii, spierać się w granicach prawa, z szacunkiem dla przeciwnika politycznego. Gdy dziś pytamy, skąd wziąć miarę charakteru, odpowiedź bywa prosta: stamtąd, gdzie w najciemniejszym czasie ktoś potrafił zachować honor i milcząco odmówić podpisania kłamstwa.
Jak wyglądały procesy pokazowe – synteza mechanizmu
Aby zebrać to, co rozproszone, warto spojrzeć na proces pokazowy jak na schemat działań podporządkowany jednemu celowi: zastraszyć, rozbić autorytet, usankcjonować przemoc. Oto jego najbardziej charakterystyczne cechy:
- Polityczne założenia ustalane przed wszczęciem postępowania; tezy do prasy przygotowane jeszcze przed pierwszym posiedzeniem.
- Śledztwo prowadzone przez aparat bezpieczeństwa z wykorzystaniem metod nacisku psychicznego, a nierzadko fizycznego; spisywanie protokołów służących narracji, a nie faktom.
- Zarzuty oparte na nieostrych przepisach specjalnych, pozwalających „dopasować” czyn do kwalifikacji najostrzejszej.
- Obrońca z urzędu sprowadzony do roli statysty, czasem poddany presji, aby nie kwestionował kluczowych punktów oskarżenia.
- Publiczność z aktywu, obecność wysłanników propagandy, relacje prasowe budujące obraz „bandyty” i „zdrajcy”.
- Wyrok wydany w trybie przyspieszonym, z minimalnymi szansami na realną apelację; wniosek o łaskę odrzucany mechanicznie.
- Egzekucja i utajnienie miejsca pochówku, by przerwać ciągłość pamięci rodzinnej i wspólnotowej.
W tych punktach, jak w lustrze, odbija się logika systemu: prawo jako narzędzie, sąd jako scena, człowiek jako obiekt presji. A jednak to lustro pęka, gdy wchodzi do niego wymiar etyczny, nie do końca kontrolowalny. Tam wchodzą słowa: prawda, honor, godność. Tam również spotykają się dwa porządki: przemoc i sens. Nie chodzi o idealizację – chodzi o sprawiedliwy opis.
Dziedzictwo: co zostało po „wyrokach” i „wyklęciu”
Zostały miejsca, w których ziemia pamięta: leśne mogiły, kwatery na cmentarzach, poświęcone im tablice. Zostały listy i modlitwy. Został też język: słowa proste, którym można ufać, bo wypowiedziano je w godzinie próby. I została nauka: że wspólnota, która chce przetrwać, musi mieć swój kanon, w którym obok poetów i uczonych stoją ci, którzy nosili w sobie gotowość do poświęcenia. Nie dlatego, że lubili walkę, ale dlatego, że rozumieli, iż państwo bez sumienia przegrywa samo ze sobą. To kanon, w którym miejsce mają szczególnie takie wartości, jak niezłomność i wolność.
Procesy pokazowe — choć zaprojektowane jako kamienie młyńskie – stały się kamieniami węgielnymi późniejszej odbudowy pamięci. Kiedy w niezależnych już realiach przeprowadzano rehabilitacje, aż nadto wyraźna stała się różnica między sądem politycznym a sądem służącym obywatelowi. Gdy w szkołach pojawiły się historie o Pileckim, „Nilu”, „Zaporze”, „Ince”, młodzi ludzie zobaczyli, że polska wolność nie jest splotem przypadków, lecz ceną płaconą przez konkretnych ludzi. Dlatego mówienie o procesach pokazowych nie służy rozdrapywaniu ran, ale umacnianiu dojrzałości. Bo dojrzałość wspólnoty mierzy się nie tym, jak obchodzi triumfy, lecz tym, jak pamięta o krzywdach, a zwłaszcza o tych, którzy stanęli po stronie sprawiedliwość mimo presji.
Wreszcie, zostało pytanie kierowane do każdego pokolenia: czym jest dziś honor obywatela? Na jaką próbę jesteśmy gotowi odpowiedzieć, jeśli przyjdzie nam bronić podstawowych wartości? Odpowiedź nie musi prowadzić do wielkich słów. Wystarczy uczciwość w pracy, życzliwość wobec słabszych, odwaga cywilna w sytuacjach drobnych, ale przełomowych. To jest współczesny wymiar tamtej lekcji: nie każdy zostanie żołnierzem, lecz każdy może nosić w sobie kod, który nie da się przekupić. Kod, którego litery składają się na słowa: prawda, wolność, godność.
Jeśli proces pokazowy miał być końcem, okazał się często początkiem: ziarna zostały zasiane w pamięci rodzin, w opowieściach przekazywanych szeptem, w dokumentach przechowywanych mimo ryzyka. Dzisiaj rosną jako drzewa, pod którymi można znaleźć cień i sens. To dobra perspektywa, by zrozumieć, dlaczego o Żołnierzach Wyklętych mówi się z szacunkiem: nie jako o mitologii, ale jako o wyzwaniu – aby w chwilach próby nie odwracać wzroku, nie uciekać w cynizm, lecz trwać przy tym, co najprostsze i najtrudniejsze zarazem: przy prawda, przy sprawiedliwość, przy suwerenność wspólnoty, której na imię Polska.
