Ostatnie bitwy Żołnierzy Wyklętych były nie tylko militarnymi epizodami w dziejach powojennej Polski, lecz także sprawdzianem wytrwałości, wiary w sens oporu i wewnętrznej dyscypliny, która kazała trwać, kiedy inni milknęli. To opowieść o wyjątkowej determinacji ludzi młodych wiekiem, lecz dojrzałych w osądach, którzy po klęsce okupantów niemieckich nie złożyli broni wobec nowego zniewolenia. Ich ślady rozsiane są od Podlasia, przez Lubelszczyznę, Mazowsze i Pomorze, aż po Podhale i Beskidy. W lasach, wsiach i miasteczkach rozgrywały się starcia, które do dziś przywodzą na myśl sens słów: obowiązek, wierność, wspólnota i nadzieja. To również opowieść o pamięci – o tym, jak ostatnie walki, często samotne i skazane na milczenie, przetrwały w rodzinnych opowieściach, w nazwach ulic, w krzyżach i tablicach, oraz w sercach tych, którzy rozumieją, że bez przeszłości nie ma przyszłości.

Kim byli i skąd przyszli

Żołnierze Wyklęci wyrastali z tradycji Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej; wielu z nich to dawni żołnierze AK, BCh, NSZ czy Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Przeszli pełne szkolenie, znali zasady łączności, potrafili organizować konspiracja w warunkach stałego zagrożenia, a jednocześnie funkcjonowali pośród ludzi – w zagrodach, w strażnicach i w lasach, z których uczynili swoje reduty. Zaskoczeni powojenną rzeczywistością, nie zgodzili się na narzucone porządki i na odgórnie definiowaną prawdę. Wierzyli, że ich walka o niepodległość nie zakończyła się w 1945 roku, lecz trwa nadal – w inny sposób i pod innym niebem, ale z tym samym celem: obrony polskiego domu i prawa do mówienia własnym głosem.

Ich językiem była prostota rozkazów i codzienny trud, ich życiem – ryzyko i dyskrecja, a ich drogowskazem – honor i odpowiedzialność za tych, którzy nie mieli siły mówić. W zbrojnych patrolach, w leśnych oddziałach, w siatkach łączności i melinach budowali więź, której nie zdołały rozerwać ani obławy, ani prowokacje. Mieli w pamięci poległych towarzyszy i w sercach płomień sprawy większej niż własne losy: sprawy, którą nazywali po prostu Polską, a którą my nazywamy dziś Rzeczpospolita.

Front bez linii: strategia, realia i etos ostatnich starć

Ostatnie bitwy były walką na wyniszczenie, ale też walką o czas – by przetrwać do przełomu, który, jak wierzyli, musiał nadejść. Nie mieli czołgów ani lotnictwa; mieli za to rozproszenie, manewr, dobrą znajomość terenu, oraz intuicję, której uczy tylko las. Z czasem utrwalili taktykę działań krótkich i gwałtownych: uderzeń precyzyjnych na posterunki, zasadzki na konwoje, rozbijanie aresztów, rozbrajanie oddziałów przeciwnika, zdobywanie broni i środków łączności. Operowali wiedzą, którą dawała siatka informatorów, i sprzętem zdobytym na wrogu: karabinkami Mauser, pistoletami maszynowymi PPSz i MP 40, granatami i materiałami wybuchowymi. Mundury i oporządzenie bywały mieszane – polskie, niemieckie, radzieckie – wszystko, co dawało przewagę bądź pozwalało zniknąć w tłumie.

Na czele oddziałów stali dowódcy o wyrazistych pseudonimach i charakterach: „Orlik”, „Łupaszko”, „Ogień”, „Uskok”, „Zapora”, „Huzar”, „Rój” i wielu innych, których imiona odnajdujemy w kronikach i relacjach. Ci dowódcy, tak jak ich szeregowi żołnierze, wiedzieli, że nie walczą o zwykłą zmianę rządu – walczyli o suwerenność i prawo do bycia u siebie, bez cudzego nadzoru i obcych bagnetów. Właśnie dlatego ich niezłomność przetrwała wszystko – nawet porażki i uwięzienia.

Ostatnie bitwy – kronika odwagi

Kuryłówka 1945 – zwycięstwo nad NKWD

Wczesną wiosną 1945 roku wielu mieszkańców południowo-wschodniej Polski przecierało oczy ze zdumienia: oto na polach i w zagajnikach toczyła się wojna, która rzekomo już się skończyła. 7 maja we wsi Kuryłówka, na pograniczu Rzeszowszczyzny i Lubelszczyzny, oddziały NOW i NZW pod komendą Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka” starły się z silną grupą operacyjną NKWD. Bitwa, gwałtowna i przesądzona manewrem, zakończyła się odwrotem przeciwnika i ciężkimi stratami po jego stronie. W odwecie Kuryłówkę spotkała pacyfikacja. Dla mieszkańców był to sygnał, że zbrojna rzeczywistość trwa – a dla partyzanci potwierdzenie, że jeszcze potrafią zwyciężać. Kuryłówka nie była ostatnią wygraną, ale była symbolem siły, która płynie z dobrej orientacji w terenie, z morale i z wiary we własną sprawę.

Las Stocki 1945 – manewr Orlika

Zaledwie kilkanaście dni później, 24 maja 1945 roku, w rejonie Lasu Stockiego nieopodal Nałęczowa, oddział Mariana Bernaciaka „Orlika” starł się z mieszanymi siłami UB, MO i NKWD. Leśne drogi i pagórkowate ukształtowanie terenu sprzyjały szybkim przemieszczeniom i zasadzkowym manewrom. „Orlik” rozproszył część sił przeciwnika, zmusił do odwrotu grupy natarcia i zadał im ciężkie straty, samemu wychodząc z okrążenia w dobrym porządku. Starcie pod Lasem Stockim było modelową bitwą małych oddziałów – bez ciężkiego sprzętu, z przewagą terenu, determinacji i rozpoznania. Pokazało, że polskie podziemie nie jest reliktem wojny, lecz sprawnym organizmem bojowym, zdolnym do obrony i kontruderzenia, kiedy wymaga tego chwila.

Podhale – Ogień w cieniu Tatr

Na Podhalu, gdzie horyzont wyznaczają skalne grań i świerki, działał Józef Kuraś „Ogień”. Jego oddziały, znające każdy trakt i każdą przełęcz, potrafiły znikać i pojawiać się tam, gdzie przeciwnik najmniej się spodziewał. Ostatnie walki „Ognia” to ciąg potyczek z siłami KBW i UB, zasadzki i odskoki, a wszystko w nieustannym ruchu. W lutym 1947 roku, ciężko ranny w Ostrowsku podczas obławy, „Ogień” odebrał sobie życie, nie chcąc wpaść w ręce prześladowców. Ta dramatyczna decyzja to nie tylko symbol krańcowej determinacji, ale też świadectwo, że oddział góralski widział swój koniec nie w klęsce, lecz w wyborze, by nie dać przeciwnikowi triumfu. W kronice ostatnich bitew Podhale jawi się jako teatr, w którym idee i topografia sprzysięgły się, by wydłużyć czas polskiego oporu.

Mazowsze Północne – Rój do końca

Na północnym Mazowszu wojenna mapa miała własną rytmikę obław, kontaktów i zasadzek. Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, dowódca struktur NZW, prowadził działania do wiosny 1951 roku. W nocy z 13 na 14 kwietnia, osaczony dzięki doniesieniu, poległ we wsi Szyszki po walce, która przeszła do lokalnego kanonu pamięci. Jego śmierć była uderzeniem w serce mazowieckich struktur, lecz nie zgasiła iskry – dla mieszkańców była sygnałem, że trwałość wartości nie mierzy się liczbą oddziałów, lecz gotowością do trwania przy wyborach, które się raz podjęło. Postać „Roja” oświetla los wielu innych dowódców, których ostatnie starcia rozegrały się w ciemnościach obław – ale w świetle idei, której pozostali wierni.

Lubelszczyzna – Uskok w leśnym bunkrze

Wśród wąwozów i lasów Lubelszczyzny historia ostatnich bitew zapisała rozdział „Uskoka” – Zdzisława Brońskiego. Otoczony w bunkrze po szeroko zakrojonej obławie, nie przyjął propozycji kapitulacji. W eksplozji granatu, którą zainicjował, jest dramat jednostki i wybór, by nie oddać się w ręce przeciwnika. To jedna z tych scen, które przesądzają o sensie słowa „ostatnia bitwa”: niewielka przestrzeń, kilka minut, a w nich kondensacja lat walki i zobowiązania wobec towarzyszy. Lubelszczyzna przechowała wiele takich miejsc – niepozornych zagajników i dolinek, gdzie rozstrzygały się sprawy większe niż los pojedynczego oddziału.

Pomorze i 5. Wileńska – szlak Łupaszki

Po wojnie szlak 5. Wileńskiej Brygady AK pod dowództwem Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” prowadził przez Pomorze, Warmię i Mazury. Oddziały brygady staczały potyczki, rozbijały placówki i odbijały więźniów, tocząc walkę bez wielkich operacji, ale z dyscypliną i zacięciem, które budziły respekt. Wśród sanitariuszek była Danuta Siedzikówna „Inka”, której los stał się jednym z najbardziej poruszających świadectw tej epoki. Choć „Łupaszka” został aresztowany w 1948 roku, jego ludzie trwali jeszcze w rozproszeniu – to przykład, jak mocno zakorzenia się idea, gdy opiera się na lojalności i pamięci. W tym szlaku pobrzmiewa echo walk z Wileńszczyzny: inne lasy, inni ludzie wokół, ale ten sam rdzeń wartości.

Podlasie i Białostocczyzna – Huzar i nieprzemijanie

Kazimierz Kamieński „Huzar” był jednym z tych dowódców, którzy prowadzili działalność najdłużej. Na Podlasiu, między Puszczą Knyszyńską a dolinami Narwi i Biebrzy, jego oddział wiązał siły przeciwnika aż do początku lat pięćdziesiątych. Aresztowany podstępem, skazany i stracony w 1953 roku, pośmiertnie doczekał się uniewinnienia i przywrócenia dobrego imienia. Jego historia ukazuje, że ostatnie bitwy bywały nie tyle starciem w lesie, ile starciem w salach, gdzie zapadały wyroki – ale sens tej drogi był wspólny: potwierdzić, że nawet w porażce można zachować godność i nie pozwolić odebrać sobie imienia.

Ostatni do ostatniego – Lalek 1963

Symbolem finału tej epopei pozostał Józef Franczak „Lalek”, który unikając obław i prowokacji, trwał w ukryciu do 1963 roku. Jego śmierć w Majdanie Kozic Górnych pod Lublinem, w wyniku zdrady i okrążenia, zamknęła wojenny rozdział, który dla jednych wydawał się już wyblakły, dla innych – wciąż świeży. „Lalek” nie miał pod komendą batalionów ani sztabów – miał za to oparcie zwykłych ludzi i pamięć o kolegach, których groby nie zawsze miały krzyż i nazwisko. Ta ostatnia walka, najbardziej samotna, stała się pomostem między pokoleniem wojny a tymi, którzy urodzili się już w pokoju, lecz zrozumieli, jak wiele zawdzięczają nieznanym twarzom.

Codzienność w okrążeniu: ludzie, miejsca, przedmioty

W kronikach ostatnich bitew obok nazwiska dowódcy i wyniku starcia powinny widnieć także rzeczy drobne: kubek emaliowany zostawiony na leśnej półce, wełniana chusta, którą matka owinęła syna na drogę, karbidówka w ziemiance, fałszywa pieczęć urzędu, paczka listów. To one tworzą materialny ślad walki – walki, która w połowie toczyła się w terenie, a w połowie w pamięci wspólnoty. Siatki wsparcia zapewniały wyżywienie, noclegi, informacje; łączniczki i łącznicy ryzykowali jak frontowi żołnierze; lekarze polowi opatrywali rany w stodołach i piwnicach. Wokół nich krążyli inspiratorzy prowokacji, informatorzy i agenci – codzienność była gęsta od niepewności.

W tych realiach nabiera szczególnego znaczenia słowo ofiara, rozumiane nie jako bezsilne poddanie się losowi, lecz jako dar z siebie – czasu, bezpieczeństwa, przyszłości – składany dla sprawy większej niż jednostka. To słowo przybliża nas do zrozumienia, dlaczego tak trudno było zakończyć tę wojnę: dla wielu była ona splotem zobowiązań, z których nie chcieli się wycofać. Dlatego w lasach powstawały bunkry z podwójnymi wejściami, dlatego w chatach ukrywano radiostacje i dlatego na skrzynkach kontaktowych pojawiały się znakowane karteczki. Małe rzeczy, wielka determinacja.

Amnestie, propaganda i przewaga przeciwnika

Rok 1947 przyniósł amnestię, która rozbiła wiele oddziałów – jedni złożyli broń z nadzieją na normalność, inni trwali, wiedząc, że w stosunku do nich nie będzie litości. Służby bezpieczeństwa miały coraz więcej środków: radiostacje, przechwytywanie łączności, prowokacje, podszywanie się pod kurierów. Dochodziło do rozpracowań całych siatek i uderzeń chirurgicznych, w których ginęli nie tylko dowódcy, lecz również łącznicy, rodziny i ci, którzy użyczyli dachu nad głową. Propaganda zalewała eter i prasę obrazami rzekomej „bandyckości”, lecz miejscowa pamięć potrafiła odróżnić plotkę od doświadczenia. To dlatego tak wiele wsi do dziś mówi: byli u nas, rozmawiali z nami, bronili naszych domów.

Przewaga przeciwnika nie była jednak absolutna. Do końca działań utrzymywały się enklawy, w których przeciwnik bał się wchodzić bez silnej obstawy, a niektóre rejony – jak tzw. „trójkąty” leśne – stanowiły mapę nieformalnych linii obrony. Ostatnie bitwy pokazują, że nawet przy miażdżącej przewadze technicznej można zachować manewr, inicjatywę i rangę sprawy. To dlatego pamięć o nich jest tak intensywna: pokazują, co znaczy walczyć, gdy wszystkie zegary mówią, że czas się skończył.

Małe wielkie zwycięstwa – lekcja dla potomnych

Niektóre starcia zakończyły się sukcesem taktycznym, inne porażką – lecz suma tych epizodów ułożyła się w opowieść o trwałości wartości. Ostatnie bitwy nie przyniosły spektakularnych rozejmów ani podpisania traktatów, ale przyniosły coś, co trudno przecenić: świadectwo, że wierność ideałom, nawet w klęsce, buduje przyszłość. To dzięki tym, którzy nie zgodzili się na przemilczenia, późniejsze pokolenia mogły na nowo wypowiedzieć słowa wolność i prawda bez strachu, że ktoś zamilczy je na rozkaz. To dzięki nim myślenie o państwie jako wspólnym dobru zachowało ciągłość i sens.

Warto pamiętać, że żaden z tych ludzi nie był figurą z pomnika. Mieli swoje słabości i pragnienia, popełniali błędy, ale nie zbłądzili z drogi, której celem była suwerenna wspólnota. W tym sensie ich dorobek ma wymiar wychowawczy: uczy, że wartości wymagają ćwiczenia, a wolność – czujności i odwagi. Dlatego ich dzieje są ważne nie tylko dla pasjonatów historii wojskowości, lecz także dla tych, którzy budują dziś wspólnotę, widząc w niej kontynuację trudu poprzedników.

Miejsca pamięci i rytm rocznic

Leśne mogiły, tablice w szkołach i kościołach, nazwy ulic, rocznicowe biegi i marsze pamięci – to mapa, po której możemy iść, by zrozumieć, gdzie rozgrywały się ostatnie boje. Dzień 1 marca, ustanowiony Narodowym Dniem Pamięci, nie jest tylko datą – to wezwanie, by zebrać rozproszone wątki i powiedzieć, że byli i że ich sprawa jest naszą sprawą. Na tej mapie szczególne miejsca zajmują Kuryłówka, Las Stocki, Podhale „Ognia”, Mazowsze „Roja”, ziemianki „Uskoka”, szlaki „Łupaszki”, Podlasie „Huzara” i wreszcie Majdan Kozic Górnych, gdzie upadł „Lalek”. Każde z tych miejsc to jednocześnie punkt na ziemi i punkt w wyobraźni – dowód, że tu rozstrzygały się sprawy ducha.

Przewodnicy lokalnej pamięci – nauczyciele, regionaliści, strażnicy muzeów, rodziny – od lat odsłaniają kolejne warstwy historii. Wspomnienia, odnajdywane dokumenty, zdjęcia z rodzinnych albumów, metalowe guziki i skorodowane łuski przywracają konkretny kształt ludziom i zdarzeniom. Dzięki temu ostatnie bitwy przestają być jedynie hasłem; stają się drogą, którą można przejść, i rozmową, którą można podjąć z tymi, którzy odeszli, lecz zostawili wskazówki.

Dlaczego przetrwały: sumienie i wspólnota

Gdy pytamy, co sprawiło, że ostatnie walki nie rozpłynęły się w niepamięci, odpowiedź prowadzi do dwóch słów: sumienie i wspólnota. Sumienie, bo żołnierze wiedzieli, po co wyszli do lasu i dlaczego nie wrócili, kiedy rozkazywania podjęli się inni. Wspólnota, bo bez wsparcia mieszkańców, bez ich odważnych serc i sprytnych rąk, żaden oddział nie przetrwałby sezonu. Wspólnota broniła pamięci także później, gdy trzeba było milczeć – w szeptach, w modlitwie, w rodzinnych pamiątkach i drobnych gestach, które przechowały sens daleko od świateł i gazet.

Tym, co ostatecznie zwyciężyło, była idea Polski jako domu otwartego i bezpiecznego. Idea, że każdy ma prawo do życia bez strachu, do pracy, do wiary, do wychowania dzieci po swojemu. Tę ideę Żołnierze Wyklęci nosili w sercach nie jako abstrakcję, lecz jako codzienny obowiązek. Walczyli o nią, bo wiedzieli, że stawką jest wciąż ta sama, od pokoleń rozpoznawana przez Polaków wartość: pełna podmiotowość narodu i państwa. Ich postawa mówi prosto: jest coś, czego nie wolno oddać – nawet jeśli cena jest wysoka.

Zakończenie: sens ostatniego strzału

Ostatnie bitwy Żołnierzy Wyklętych nie są tylko zestawem dat i nazwisk. Są próbą odpowiedzi na pytanie, czy wolno człowiekowi pogodzić się z niesprawiedliwością, jeśli ta ma przynieść spokój. Ich decyzja brzmiała: nie. Dzięki temu w polskiej pamięci pozostał żywy wzór odwagi, wierności i pracy nad sobą, która sprawia, że nawet w czasach bez nadziei potrafimy tworzyć przyszłość. To właśnie w ich losach najlepiej widać, że na końcu każdego starcia najważniejsze bywają nie liczby, lecz to, czy zachowano twarz i czy nie zatracono wiary w sens wspólnego wysiłku.

Patrząc na mapę ich działań, słyszymy też echo słów, które stają się przewodnikiem: wolność nie jest dana raz na zawsze; suwerenność wymaga czujności; honor zobowiązuje; Rzeczpospolita to my; konspiracja bywa czasem koniecznością, ale celem jest światło dzienne; niezłomność nie jest uporem, lecz konsekwencją; ofiara ma sens, gdy służy dobru wspólnemu; niepodległość to praca pokoleń; partyzanci byli ludźmi z krwi i kości; podziemie nauczyło nas, że nawet w cieniu można iść prosto. Ostatni strzał nierzadko padał w nocy i bez świadków – ale jego dźwięk niesie się do dziś, jak zobowiązanie, by pamiętać i czerpać siłę z tych, którzy mieli odwagę zostać do końca.

  • Kuryłówka, 7 maja 1945 – zwycięska potyczka oddziałów NOW/NZW z NKWD, symbol odwagi i determinacji lokalnej społeczności.
  • Las Stocki, 24 maja 1945 – modelowy manewr „Orlika”, który uderzył i odskoczył, zadając przeciwnikowi dotkliwe straty.
  • Podhale, luty 1947 – ostatnia walka „Ognia”, znak wyboru wolności nawet w obliczu beznadziei.
  • Szyszki, 13/14 kwietnia 1951 – śmierć „Roja”, zamknięcie ważnego rozdziału mazowieckiego oporu.
  • Lubelszczyzna, 1949 – bunkier „Uskoka”, decyzja ostateczna i wymowna jak wyrok historii.
  • Podlasie, 1952–1953 – rozbicie struktur „Huzara”, epilog długiej kampanii.
  • Majdan Kozic Górnych, 21 października 1963 – ostatni akord epopei, śmierć „Lalka”.