Powojenne Pomorze było krainą, w której linie frontu zniknęły szybciej niż ślady niepewności i lęku. To tutaj rozległe lasy, mokradła i rozproszone wsie stały się naturalną sceną działania ludzi, którzy nie potrafili przejść obojętnie wobec przemocy i kłamstwa. W cieniu nowej, narzuconej władzy wyrastał ruch oporu – tworzony przez weteranów konspiracji, młodych ochotników, sanitariuszki, łączniczki i leśnych przewodników. Ich wybory, choć dramatyczne, były podyktowane prostą wiarą w wartości: Pomorze, rodzinę, wspólnotę i kraj, który miał prawo pozostać sobą.

Pomorski krajobraz po burzy: ziemia ludzi twardych i wiernych

W roku 1945 Pomorze nosiło rany po latach okupacji niemieckiej: rozstrzelania, wysiedlenia, pacyfikacje kaszubskich wsi, praca przymusowa i obozy. Powrót państwowości nie przyniósł jednak upragnionej stabilizacji. Na miejsce starych terrorów wchodziły nowe – albo raczej ich świeża mutacja: pojawili się funkcjonariusze NKWD i Smiersza, utworzono struktury UB, a do utrwalania władzy ludowej kierowano oddziały KBW i MO. Zmieniał się język władzy, ale dla wielu mieszkańców wsi i miasteczek, zwłaszcza w głębi Borów Tucholskich, w rejonie Kaszub, Kociewia czy na skraju Żuław, codzienność nadal była naznaczona strachem, konfiskatami i arbitralnością urzędniczej siły.

Ogromna przestrzeń lasów, gęsta sieć leśnych traktów i dziesiątki ukrytych leśniczówek sprzyjały odradzaniu się podziemia. Tradycje konspiracyjne z czasów wojny – z doświadczeniem organizacji regionalnych i sieci AK – łączyły się z pragnieniem, aby na ziemi nasyconej krwią pacyfikowanych wsi jednak rozpełzł się spokój ludzi wolnych. Mieszkańcy Pomorza już wtedy rozumieli, że pokój bez prawdy może stać się tylko kolejną formą ubezwłasnowolnienia. Dlatego pomorski etos – twardy, zdyscyplinowany, ale zarazem prostolinijny – podawał rękę tym, którzy nie złożyli broni w sercach, nawet gdy broń długo była ukryta pod strzechą.

Narodziny powojennego podziemia: cele, etos, organizacja

Wraz z nadejściem „wyzwolenia” wielu żołnierzy i działaczy wojennego podziemia stanęło przed wyborem. Jedni wracali do gospodarstw, inni próbowali służyć w nowej administracji, jeszcze inni – rozczarowani gwałtem wobec zasad i ludzi – postanowili dalej prowadzić walkę o status państwa suwerennego. Tak na Pomorzu odradzały się siatki łączności i zaopatrzenia, przenikały się resztki dawnych struktur AK oraz formujące się po wojnie organizacje, jak Delegatura Sił Zbrojnych i Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”. Kluczowe było to, że cele nie miały charakteru ofensywnej wojny – chodziło raczej o ochronę lokalnej społeczności, obronę „swoich”, samoobronę przed terrorem i prowadzenie działalności informacyjnej, by świat, a przede wszystkim Polska, wiedziały, jak wygląda rzeczywistość.

Powojenne podziemie tworzyli ludzie zwyczajni i niezwyczajni zarazem: nauczyciele, rolnicy, kolejarze, studenci, leśnicy. Ich siłą była dyscyplina i pamięć konspiracyjnego rzemiosła, ale fundamentem – niezachwiana wiara, że niepodległość jest nie tylko konstytucyjną formułą, lecz codzienną praktyką odpowiedzialności. Na Pomorzu, gdzie każdy kilometr dróg prowadził do jakiejś leśnej polany, gdzie każda kapliczka stawała się punktem spotkań i ślubowań, ów etos nabierał jednocześnie prostoty i majestatu. Właśnie tu, w cieniu pni i jezior, rosła legenda, która przetrwała w żywym przekazie do dziś.

5. Wileńska Brygada AK na Pomorzu: mobilny ogień i dyscyplina

W opowieści o powojennym podziemiu na Pomorzu szczególne miejsce zajmuje 5. Wileńska Brygada Armii Krajowej, dowodzona przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Jej pomorski epizod to rok 1946 – czas intensywnych, ruchliwych działań, które miały charakter zarówno demonstracji, jak i samoobrony. Brygada była formacją doświadczoną i wyjątkowo mobilną: poruszała się małymi patrolami, uderzała szybko, znikała w gąszczu lasów, dbała o dyscyplinę i porządek w kontaktach z ludnością. W jej szeregach znaleźli się dowódcy patrolów i sekcji, których nazwiska i pseudonimy przeszły do legendy: Zdzisław Badocha „Żelazny”, Henryk Wieliczko „Lufa”, oraz wielu innych – bezimiennych dziś cichych bohaterów – którzy trwali w leśnych kryjówkach, czuwając jak strażnicy porządku, gdy ten porządek został wywrócony.

Pomorskie działania 5. Brygady nie były wojną totalną – to były chirurgiczne wypady: rozbijano posterunki znane z brutalności, ostrzegano i karano szczególnie gorliwych donosicieli, rozbrajano oddziały, które prowadziły łapanki lub terror wobec bezbronnych. Jednocześnie pilnowano, by nie krzywdzić ludzi postronnych: surowo karano nadużycia, a zabronione było choćby rekwizycjonowanie bez pokwitowania. Ta dbałość o standardy – jakkolwiek niełatwa w realiach leśnych – była świadectwem, że ów opór nie był bandytyzmem, lecz konsekwencją wiary, iż wolność wymaga nie tylko odwagi walki, ale i respektu dla zasad.

Naturalne zaplecze stanowiła kaszubska i kociewska wieś oraz leśne osady. Kto raz otworzył swój dom, ten ryzykował wiele – dlatego 5. Brygada dbała o poufność, krótkie postoje i natychmiastowe opuszczanie kwater. Z czasem władza rozszczelniła jednak konspiracyjne kręgi: wniknęły w nie agentura i prowokacje, wzrosła presja na rodziny udzielające pomocy. Mimo tego 5. Brygada długo utrzymywała manewrowość i inicjatywę, prowadząc działania w powiatach starogardzkim, sztumskim, kartuskim czy kościerskim. To na nizinach i pagórkach „małych ojczyzn” tworzył się fenomen zbiorowej organizacji pamięci – bez książek, medali i orderów, za to ze ściśniętym sercem i przysięgą dotrzymaną do końca.

„Inka”, „Zagończyk” i inni: twarze odwagi i czułości

Żeby zrozumieć, dlaczego tamten ruch tak mocno zapuszcza korzenie w sercach, trzeba spojrzeć w oczy konkretnym osobom. Danuta Siedzikówna „Inka” – sanitariuszka 5. Brygady – była nastolatką uformowaną przez wojnę. Wykonywała najtrudniejsze i najdelikatniejsze zadania: opatrywała rannych, przenosiła meldunki, czuwała. Aresztowana i poddana naciskom, nie wydała nikogo. Skazana, rozstrzelana w Gdańsku, stała się symbolem wierności zasadzie, że honor nie ma ceny ani wieku. W tym samym czasie więzienny dziedziniec gdański widział tragedię i chwałę Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” – żołnierza takiego jak inni, a jednak jedynego, który w chwili próby dał świadectwo, czym jest godność.

Obok nich w pamięci Pomorza trwają dziesiątki nazwisk: łączniczki i przewodnicy, wiejskie gospodynie szykujące strawę pod osłoną nocy, leśnicy wskazujący bezpieczne dukty, młodzi chłopcy, którzy – ledwie nauczywszy się trzymać pióro – przysięgali służyć do końca. Każdy z nich zostawił ślad. Nie zawsze dzieje te kończyły się bohaterskim panteonem – nadzwyczaj często kończyły się ciszą, aresztem, dożywociem albo wyrokiem. Właśnie w tych zwyczajnych biografiach wartość ruchu podziemnego widać najpełniej: składały się na niego setki decyzji podejmowanych w kuchni, w stodole, na leśnej ścieżce, gdzie jedynym przewodnikiem było sumienie.

Taktyka, topografia i realia walki: Bory Tucholskie jako sojusznik

Pomorze miało swój geograficzny kod oporu. Bory Tucholskie i kompleksy leśne Kaszub były nie tylko naturalnym schronieniem, ale też labiryntem, który pozwalał osłaniać marsze i odwrót. Oddziały poruszały się zwykle nocą, z mapą w głowie, unikając większych dróg i mostów. Meldunki wędrowały z rąk do rąk przez sieć punktów kontaktowych: kościoły, młyny, leśniczówki. W ciągu dnia – cisza i kamuflaż; w nocy – szybkie wypady. Życie wymagało rygoru. Żadnych zbędnych strzałów, żadnych niepotrzebnych manifestacji. Społeczne wsparcie było równie ważne jak karabin: miska zupy i skrawek siennika czasem ważyły więcej niż worek amunicji.

Taktyka akcji koncentrowała się na przeciwdziałaniu przemocy aparatu: uwalnianiu zatrzymanych, przerywaniu akcji pacyfikacyjnych, uderzeniach na posterunki słynące z bicia i wymuszeń, zabezpieczaniu rodzin znajdujących się na celowniku. Jednocześnie istniały zasady: zakaz uderzania w ludzi przypadkowych, surowy sąd wobec nadużyć własnych, troska o dobre imię oddziału. Nieodłączną częścią była też praca informacyjna – kolportaż, ściąganie informacji o ruchach władzy, obserwacja zmian w lokalnych strukturach, budowanie siatki zaufania i łączności. To była wymagająca, wyczerpująca codzienność, w której odwaga mierzyła się nie tylko z kulą, lecz z cichą trwogą i zmęczeniem.

Represje i propaganda: próba złamania kręgosłupa

Władza rozumiała, że trwałość oporu nie zależy wyłącznie od liczby karabinów, ale od zaufania i łańcucha pomocnych rąk. Dlatego uderzano w rodzinę, w sąsiadów, w wychowawców, w księży. Eskalowano aresztowania, szyto procesy, a w gazetach piętnowano tych, którzy w oczach swoich wspólnot byli obrońcami. Metody śledcze bywały brutalne i z premedytacją upokarzające – chodziło o to, by zburzyć ów subtelny ekosystem solidarności. Amnestie stawały się narzędziem rozpoznania i infiltracji, a wiele osób, które ujawniły się w dobrej wierze, trafiało później z powrotem do aresztów. Losy pojedynczych oddziałów spinały dramatyczne finały: rozbite patrole, polegli dowódcy, rozporoszeni towarzysze niedoli. A jednak – mimo skali nacisku – ruch nie poddał się całkowicie. Jego kręgosłup okazał się twardszy, bo budowany na wartościach, które nie pękają pod ciężarem kłamstwa: poświęcenie dla innych, wierność danemu słowu i zasadzie, że prawda nie jest zależna od propagandowej kartki papieru.

Pamięć i miejsca: Gdańsk, lasy, ciche mogiły

Jeśli dziś chcemy zobaczyć materialne ślady tamtego czasu, Pomorze prowadzi nas kilkoma ścieżkami. Pierwsza wiedzie do Gdańska – do dawnych murów więziennych i cmentarzy, gdzie w ciszy słychać pytania bez odpowiedzi. Tam, gdzie jeszcze do niedawna brakowało imion i nazwisk, dziś można pochylić głowę nad krzyżami tych, których do końca próbowano wymazać. Druga ścieżka prowadzi w głąb lasów: do polan i niepozornych wzniesień, przy których lokalni przewodnicy potrafią opowiedzieć, gdzie stacjonował oddział, którędy przemykały patrole, gdzie odprawiano leśne modlitwy. Trzecia – do archiwów i izb pamięci, do oddziałów badawczych, które prostują krzywdy, gromadzą fotografie, przywracają głos tym, którym go odebrano.

Ta praca pamięci to nie tylko archeologia. To także duchowy wysiłek, by nazwać dobro dobrem, a zło złem, bez lęku i wahania. Na Pomorzu, gdzie linia brzegowa styka się z twardą ziemią lasów, łatwiej zrozumieć, że historia nie jest abstrakcją – jest żywą nicią łączącą pokolenia. Dlatego wspólne uroczystości, rekonstrukcje, msze polowe i spotkania edukacyjne mają taką moc. Podczas nich padają słowa, które nie starzeją się nigdy: pamięć, dziękczynienie, zobowiązanie. One nadają sens kamieniom pamiątkowym i tablicom, ale przede wszystkim – wychowują.

Wartości, które trwają: lekcja dla następnych pokoleń

Nie da się opowiedzieć o powojennym podziemiu na Pomorzu bez zanurzenia w języku wartości. Bo choć losy były różne, a dramatów nie brakowało, to wspólny mianownik pozostaje czytelny: pragnienie kraju sprawiedliwego. Ta lekcja to coś więcej niż zbiór dat i nazwisk – to mapa drogowa postaw. Uczy, że prawda bywa wymagająca, że odwaga nie zawsze wygląda jak sztandar, częściej jak zmęczona twarz człowieka, który po prostu nie cofa ręki. Przypomina, że zło nie znika, gdy się odwraca wzrok, ale maleje, gdy znajdzie się choć jeden człowiek gotów powiedzieć „nie”.

Ci żołnierze, sanitariuszki i łączniczki pokazali, że niezłomność nie jest krzykiem, lecz wytrwałym szeptem sumienia, że konspiracja to nie tylko kryptonimy i meldunki, ale też codzienny trud bycia lojalnym, przyzwoitym, pomocnym. W ich doświadczeniu splatają się proste słowa: dom, rodzina, przyjaciel, sąsiad. One tworzą fundament wspólnoty, którą łatwo zranić, ale trudno złamać. Dlatego właśnie Pomorze – zupełnie zwykłe w swojej codzienności, a przez to niezwykłe – stało się sceną historii, z której możemy być dumni.

Powojenne podziemie na Pomorzu to nie legenda z cokołów, lecz żywy nurt pamięci, który zasila nasze myślenie o państwie i wolności. Kiedy patrzymy na fotografie sprzed lat – młode twarze, płaszcze, pasy, bagnety – widzimy nie tylko żołnierzy, ale ludzi takich jak my, którzy mieli swoje wątpliwości i lęki, ale nie zrezygnowali. To właśnie dlatego obok słowa „bohaterstwo” trzeba postawić inne: odpowiedzialność. A obok „odpowiedzialności” – kolejne: służba. Na tych pojęciach buduje się kraj, który potrafi dźwigać próby, nie zbaczając z obranej drogi.

Zakończenie: skąd płynie siła

Siła tej historii płynie z prawdy o ludziach, którzy nie byli aniołami ani posągami, lecz sąsiadami, krewnymi i przyjaciółmi. Z opowieści o cichych posiłkach podawanych o północy, o przeprawach przez bagna, o liście zasuszonym w modlitewniku. Z gestów, które składają się na tkankę wspólnoty. To wszystko razem tworzy opowieść, którą warto przekazywać dalej – spokojnie, bez zadęcia, ale i bez relatywizowania. W końcu nie ma nic bardziej współczesnego niż proste słowa: wolność, odpowiedzialność, solidarność. One prowadzą nas do źródła, w którym odbija się twarz Pomorza – twarda i wierna.