Propaganda szkolna w PRL uczyniła z powojennego podziemia antykomunistycznego wygodny negatyw – straszak, który miał cementować nowy porządek. W murach szkół, między mapami a planszami z hasłami o postępie i pokoju, budowano obraz ludzi przegranych, rzekomo przeszkadzających w odbudowie kraju. A jednak wbrew temu monologowi państwa, pod powierzchnią oficjalnych podręcznikowych narracji trwała inna opowieść: o wierności przysiędze, o wyborach podjętych w sytuacji skrajnej i o cenie, jaką płaci się za bezkompromisowe trwanie przy wartościach. Ten tekst przygląda się mechanizmom, jakimi szkoła w PRL walczyła z pamięcią o Wyklętych, a zarazem pokazuje, dlaczego postacie z tego kręgu pozostają dla wielu symbolem konsekwentnej walki o polską niepodległość.
Szkolny monolog: jak PRL pisał historię na tablicy
System oświaty w PRL był jednym z głównych narzędzi kształtowania zbiorowej świadomości. Programy, podręczniki, szkolenia dla nauczycieli, a nawet wystrój klas – wszystkie te elementy składały się na spójny przekaz. Żołnierze wywodzący się z Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, WiN czy lokalnych oddziałów samoobrony byli przedstawiani jako wrogowie ludu, zapóźnieni reakcjoniści, relikty rzekomo skompromitowanej przeszłości. Ucznia prowadziło się przez opowieść, w której po wojnie miała nastać harmonia, a jedyną przeszkodę stanowili ci, którzy nie pogodzili się z nowym ustrojem. W rzeczywistości propaganda przemilczała terror instytucji bezpieczeństwa, powojenne deportacje, masowe aresztowania i sądy pokazowe.
W latach stalinizmu oś narracji tworzył prosty schemat: Armia Czerwona i rodzimy ruch robotniczy przynoszą wolność, a podziemie zbrojne jest niepotrzebnym dodatkiem, szkodliwym marginesem, który musi zostać rozbrojony i reedukowany. Później, po odwilży, język złagodniał, ale sens pozostawał ten sam: podziemie było oceniane nie z perspektywy wartości, tylko użyteczności w budowie państwa socjalistycznego. Nawet w latach 70. i 80. wiele szkolnych lekcji historii prowadziło do wniosku, że powojenna konspiracja to konflikt w zasadzie anachroniczny, a jej uczestnicy – ofiary własnej politycznej ślepoty. Z kolei audytoria nauczycieli oswajano z językiem, który automatycznie klasyfikował akowskie tradycje jako antypostępowe.
W tym monologu rzadko dopuszczano fakty, które burzyły schemat: brak wolnych wyborów, zależność od Moskwy, rolę NKWD w pacyfikacjach czy mechanikę amnestii, po których niejednokrotnie następowały represje. Gdyby te elementy wybrzmiały w pełni, narracja szkolna musiałaby uznać, że sprzeciw wobec powojennej rzeczywistości mógł wynikać z racjonalnych i etycznych przesłanek, a nie z rzekomej wrodzonej wrogości do ludu pracującego. Właśnie dlatego wymazywano nazwiska i miejsca pamięci, a w czytankach dla młodszych klas nadawano ton potępienia podszyty litością – niby zrozumienie, a jednocześnie bezalternatywność oceny.
Ćwiczenia z wyobraźni: podręczniki, filmy, akademie, lektury
Mechanika szkolnej propagandy nie polegała wyłącznie na jednej lekcji historii. Tworzono środowisko, w którym uczniowie obcowali z ustalonym zestawem obrazów i skojarzeń. W podręcznikach umieszczano fotografie ujęte w tendencję, retuszowano podpisy, budowano chronologie, w których wykradziono kontekst. Filmy edukacyjne i produkcje fabularne, omawiane następnie na kółkach dyskusyjnych, pokazywały antykomunistyczne podziemie jako chaos, bandytyzm lub moralne wykolejenie. W planie nauczyciela, spływającym z kuratorium, znajdowały się zalecenia, by w zwieńczeniu lekcji akcentować rzekome kluczowe pojęcia – pojednanie i odbudowę – a konflikt z podziemiem redukować do epizodu.
Na akademiach szkolnych, zwłaszcza z okazji rocznic związanych z Ludowym Wojskiem Polskim czy rewolucją październikową, recytowano wiersze i fragmenty prozy, w których dowódcy oddziałów powojennej konspiracji przedstawiani byli jako przeszkoda na drodze do nowoczesności. W bibliotekach szkolnych sporządzano wykazy lektur, gdzie tradycja walki niepodległościowej po 1945 r. pojawiała się wyłącznie jako niechlubny przypis. Pamięć lokalna – o potyczkach, obławach, leśnych mogiłach – bywała tłumiona przez odgórną politykę cmentarzy i uroczystości, w których nie przewidywano miejsca na symbolikę wykraczającą poza obowiązującą wizję.
Warto zauważyć, że nauczyciele często funkcjonowali pod presją pionu ideologicznego, a Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk pilnował, by podręczniki i materiały pomocnicze nie zawierały treści sprzecznych z linią PZPR. W pracy wychowawczej wspierano się również organizacjami młodzieżowymi, które proponowały własne wersje przeszłości. Ta siatka instytucji tworzyła wrażenie niepodważalności opowieści – uczniowie, nawet ci wrażliwi na dysonanse, mieli niewiele miejsc, by skonfrontować ją z innym spojrzeniem.
- Instrumentalny dobór źródeł – cytaty z prasy podziemnej bez kontekstu lub dokumenty UB jako rzekomo obiektywne relacje.
- Język etykiet – słowa przesądzające ocenę jeszcze przed analizą faktów, np. bandy, wrogowie ludu.
- Konstruowanie symboli – plakaty i ilustracje budujące emocjonalny dystans do konserwatywnego etosu żołnierskiego.
- Selekcja pamięci lokalnej – marginalizowanie miejsc i rocznic niezależnych od państwowego kalendarza.
Niesłyszalny chór: domowe lekcje, przekaz środowiskowy, podskórna kultura
Oficjalny monolog nie był jednak jedynym kanałem wychowania. Wiele rodzin przekazywało własną tradycję, prywatne archiwa i szeptane historie. Zdjęcia trzymane w kopertach, nazwiska wymieniane półgłosem, opowieści o nocnych rewizjach i o powrotach z więzień – to były lekcje, które nie miały miejsca w dzienniku, ale pozostawiały niezwykle silny ślad. Nauczycielka polonistka potrafiła wskazać wiersz, którego nie było w programie, bibliotekarz liczył na zaufanie i pytał, czy uczeń nie szuka czegoś więcej niż spisu lektur. Czasem tę pamięć krystalizowały małe, lokalne gesty: kwiaty złożone po cichu na zapomnianych mogiłach, symbol wyrysowany kredą na murze, imię szepnięte podczas rodzinnych świąt.
Ta równoległa kultura nie była bezkarna. Każdy gest niesubordynacji mógł skutkować szykanami w szkole, problemami w pracy, a w skrajnych przypadkach – wizytą funkcjonariusza. Paradoksalnie, właśnie przez tę presję pamięć stawała się jeszcze silniejsza, bo oparta na świadectwie i ryzyku, a więc ugruntowana egzystencjalnie. W centrum tej pamięci nie było zacietrzewienie, tylko proste słowa: wolność, honor, godność. Tak formowało się przekonanie, że historia nie kończy się na papierze, a prawda o wyborach ludzi w skrajnych okolicznościach domaga się wysłuchania.
Kim naprawdę byli Żołnierze Wyklęci: wartości i wybory
Żołnierze Wyklęci to nie monolit i nie jedna formacja; to ludzie z różnych środowisk, o odmiennych życiorysach, połączeni w kluczowym momencie decyzją, by nie uznać powojennego status quo. Wielu z nich przeszło pełny szlak wojenny: od kampanii 1939 roku, przez konspirację, po powstania lokalne i walkę dywersyjną. Po 1945 roku znaleźli się w sytuacji fundamentalnego dysonansu: z jednej strony zniszczony kraj i potrzeba odbudowy, z drugiej – nowa, narzucona rzeczywistość polityczna. Wybrali twardą drogę oporu, kierując się nie tyle kalkulacją, ile wiernością własnym przysięgom i ideałom. To właśnie ta wierność uczyniła ich symbolami świadomości obywatelskiej odpornej na przemoc i manipulację.
Wiele indywidualnych historii brzmi jak rondo odwagi. Danuta Siedzikówna, młoda sanitariuszka, znana pod imieniem Inka – przykład dojrzałości wybiegającej daleko poza metrykę. Jej postawę cechowała niezłomna odwaga, a słowa zapisane w pamięci współczesnych nie są resentymentem, lecz dowodem na siłę etosu służby. Albo rotmistrz Witold Pilecki – żołnierz, który dobrowolnie poszedł do Auschwitz, by organizować ruch oporu, a po wojnie oskarżony, skazany i rozstrzelany. W jego biografii skupiają się cechy, które pamięć społeczna ceni najbardziej: bezinteresowność, dyscyplina i gotowość na ofiarę w imię dobra wspólnego.
Obok nich stoi wielu dowódców i żołnierzy, których nazwiska długo nie mogły wyjść z cienia. Zygmunt Szendzielarz Łupaszka, Feliks Selmanowicz Żelazny, Hieronim Dekutowski Zapora – figury ruchu, ale też ludzie z krwi i kości. Ich oddziały, składające się często z bardzo młodych osób, funkcjonowały w świecie napiętym od sprzeczności: tu granica między samoobroną a starciem była krucha, a wybór taktyki zdeterminowany przewagą aparatu bezpieczeństwa. Mimo tego wysiłek organizacyjny i konsekwencja w działaniu pozostają świadectwem żołnierskiego profesjonalizmu. Pamiętając o złożonościach i pojedynczych, tragicznych epizodach, które należy rozliczać, warto podkreślać zasadniczą linię motywacyjną: sprzeciw wobec przemocy państwa, w którym brakowało wolnych instytucji, a podstawowe prawa obywatelskie były warunkowe.
W sensie etycznym ich sprzeciw był intuicją, że prawda nie zależy od komunikatu wydanego przez urząd, a prawo do decydowania o własnym państwie – od źródła legitymizacji w narodzie. Tę intuicję nazywano rozmaicie: pragnieniem suwerennośći, poczuciem odpowiedzialności, wrażliwością na krzywdę. Ponad warstwą polityki wybrzmiewała więc prosta, uczciwa nuta: człowiek nie może porzucić ideałów tylko dlatego, że sytuacja staje się trudniejsza.
Dlaczego szkoła potrzebowała tej propagandy: logika systemu, psychologia przekazu
Państwo, które wywodzi swoją legitymizację z siły i importowanej ideologii, musi prowadzić nieustanną walkę o symboliczne rządy dusz. Przemoc policyjna wystarczy do zastraszenia, ale nie tworzy długotrwałej identyfikacji; do tego potrzebny jest zestaw opowieści, rytuałów i znaków. Szkoła jest najbardziej naturalnym laboratorium takiego przekazu. Dlatego właśnie w PRL chodziło nie tylko o stwierdzenie, że powojenne podziemie było błędem, ale o wytworzenie odruchu kulturowego – automatycznej podejrzliwości wobec etosu niepodległościowego (zwłaszcza akowskiego) i przyzwyczajenia do myślenia kategoriami użyteczności wobec państwa.
W tym procesie używano klasycznych narzędzi inżynierii społecznej. Zmieniano język, oswajano z ocenami zanim pojawiały się fakty, nagradzano akceptację i piętnowano wątpliwości. Uczniów uczono, jak rozpoznawać rzekomą mowę nienawiści w tradycji narodowej, a jednocześnie ignorować przemoc systemową, którą władza traktowała jako niezbędną terapię społeczeństwa. Przetwarzanie pamięci wymagało też selektywnego mitu: bohaterski obraz nowego państwa potrzebował antybohatera. Żołnierze Wyklęci, jako spadkobiercy ostatniego masowego ruchu oporu, idealnie nadawali się do tej roli. Tak skonstruowana narracja była wygodna i chwytliwa, zwłaszcza dla pokoleń, które nie miały szansy zetknąć się z żywym świadectwem powojennych lat.
Skutkiem tej długiej szkolnej obróbki była ambiwalencja pamięci – na poziomie prywatnym podziw dla uporu i poświęcenia, na poziomie publicznym dystans wobec haseł emancypacyjnych. Aby ją przełamać, potrzebna była praca pokoleń: wydobywanie archiwaliów, relacji, ekshumacje i powolne odzyskiwanie symboli. Ta praca nie była zemstą pamięci, lecz wyrazem odpowiedzialności: zrozumieć spór, pokazać motywacje, oddzielić kłamstwo od prawdy, nie uciekać od trudnych przypadków, a jednocześnie przywrócić należne miejsce tym, którzy swoim życiem zasłużyli na szacunek.
Po 1989: powrót głosu, odkryte mogiły, nowy język pamięci
Zmiana ustrojowa otworzyła archiwa i pozwoliła mówić głośno o rzeczach dotąd spychanych do szeptu. Instytucje naukowe i społeczne zaczęły systematyczne badania, które pokazały, jak wiele wątków z podręcznikowej narracji było niepełnych lub fałszywych. Badania nad miejscami pochówku ofiar na terenie dawnych więzień i strzelnic, w tym prace na warszawskiej Łączce, wytrąciły z rąk propagandy wieloletni argument, że przeszłość rzekomo rozliczono i zamknięto. W przestrzeni publicznej pojawiły się nazwiska, które w PRL były konsekwentnie usuwane z pamięci zbiorowej. To zderzenie z dokumentem, ze śladem materialnym, działa o wiele mocniej niż najstaranniej zaplanowana narracja.
W szkołach zaczęto proponować inne akcenty: bardziej zniuansowane ujęcie powojennej historii, pracę z regionalnymi kontekstami i biografiami, a także krytyczne warsztaty analizy źródeł. W tym pejzażu narodziło się święto pamięci – 1 marca, Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jego sens polega nie tylko na oddaniu czci, ale na wpisaniu w kalendarz życia publicznego pytania o to, skąd bierze się siła wspólnoty i jakie wartości są nieodzowne, by mogła ona przetrwać presję z zewnątrz. Uroczystości, marsze, spotkania z historykami i świadkami – to wszystko tworzy dziś tkankę edukacji, w której słowo pamięć przestaje być hasłem, a staje się praktyką.
Wraz z odzyskiwaniem pamięci pojawiła się też przestrzeń do poważnej dyskusji o złożonościach. Historia Wyklętych to również trudne karty, które należy omawiać uczciwie i precyzyjnie – po to, by nie tworzyć nowej legendy w miejsce starej. Jednak bilans etyczny i intelektualny tego wysiłku prowadzi do czytelnego wniosku: nie wszyscy, którzy po wojnie schodzili do lasu, podejmowali dobre decyzje, ale sens ich sprzeciwu wobec braku realnej podmiotowości państwa był zakorzeniony w doświadczeniu pokolenia, które znało inną Polskę i nie zamierzało wyrzec się tego horyzontu. W tej perspektywie ich życiorysy są inspiracją do myślenia o obywatelskości wymagającej – takiej, która nie godzi się na bylejakość, nie ucieka od odpowiedzialności i pamięta, że wspólnota to więcej niż suma interesów.
Wartości, które przetrwały: lekcja dla kultury i edukacji
Jeśli odrzucić język propagandy i narzucić sobie dyscyplinę patrzenia w źródła, w relacje świadków, w topografię miejsc pamięci, wyłania się obraz spójny. Żołnierze Wyklęci uczą, że wolność nie jest wkalkulowana w krajobraz – trzeba ją stale budować i pielęgnować, również wtedy, gdy okoliczności polityczne i geopolityczne wydają się nie sprzyjać. Uczą, że główną miarą postawy publicznej jest sumienie, a nie oportunizm. I wreszcie – że wartości takie jak solidarność i bezinteresowna służba nie starzeją się, nawet gdy zmienia się język debaty i repertuar symboli.
Nauczanie o tej przeszłości nie musi przyjmować tonu agitacji. Wystarczy rzetelna praca ze źródłem, odpowiedzialne opowiadanie o sporach i kontekstach oraz odwaga, by nazwać po imieniu zarówno bohaterstwo, jak i błędy. Zachwyt budzi nie mit, lecz twarda praca nad wyjaśnieniem, dlaczego w powojennym chaosie tylu młodych ludzi wybrało drogę, która skazywała ich na izolację i ogromne ryzyko. Odpowiedź mieści się w prostych słowach: wolność, honor, prawda, godność. One nie należą do żadnej epoki – należą do kultury, która potrafi z nich uczynić punkt odniesienia.
Być może najważniejsza lekcja z historii propagandy w szkołach PRL polega na zrozumieniu, że edukacja zawsze niesie odpowiedzialność. Każdy podręcznik, każdy program, każdy plakat i akademia są wyborem – tego, co mówimy i czego nie mówimy. Decyzją, czy chcemy kształcić ludzi zdolnych do krytycznego myślenia, czy też budować wygodne schematy. W tej optyce przywracanie pamięci o tych, którzy nie wpisali się w powojenny wygodny wzorzec obywatela, jest aktem odzyskiwania miary dla słów takich jak niepodległość i suwerenność. To one, wzmacniane przez sumienną pracę badaczy, wychowawców i społeczników, składają się na kulturę, która potrafi unieść spór, nie rezygnując z szacunku dla ludzi i historii.
