Historia uczy, że nawet w najczarniejszej nocy można utrzymać płomień nadziei. W powojennej Polsce ten płomień nieśli ci, których nazwano Żołnierzami Wyklętymi – żołnierze podziemia antykomunistycznego, skazani przez nowy system na zapomnienie, lecz wierni temu, co dla Polaków od stuleci stanowi fundament: wolność, niepodległość, honor i godność. Ich droga prowadziła przez więzienia i katownie Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie próbowano z nich wydrzeć wszystko – oprócz prawdy o nich samych. Oto opowieść o miejscach, metodach i ludziach, którzy w cieniu terroru zachowali odwagę, prawdę i sumienie, a także o tym, jak ich czyn przeobraził się w trwającą do dziś pamięć i wierność wartościom, bez których nie ma wspólnoty ani solidarnośći.
Państwo pośród ruin: narodziny aparatu przemocy i sieci więzień
Gdy latem i jesienią 1944 roku front przesuwał się na zachód, wraz z Armią Czerwoną wkraczały formacje bezpieczeństwa podporządkowane władzom komunistycznym. Urząd Bezpieczeństwa Publicznego – od resortu PKWN po Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego – budował się błyskawicznie, korzystając z wzorców sowieckich i wsparcia doradców NKWD. Z jednej strony powstawała siatka biur powiatowych i wojewódzkich, z drugiej – twarde zaplecze represji: areszty, więzienia, punkty przesłuchań.
To właśnie w tych miejscach kształtował się model traktowania zatrzymanych – często ludzi, którzy jeszcze niedawno walczyli w Armii Krajowej lub w strukturach powojennego podziemia. Etos Polskiego Państwa Podziemnego, który przenosili w powojenną konspirację, zderzał się z bezwzględną logiką utrwalania władzy: izolacja, wymuszenia, zastraszenie, fabrykowanie procesów i łamanie psychiki. Aparat bezpieczeństwa działał zarówno według instrukcji, jak i według nieformalnych praktyk, których celem było jedno – uzyskać „przyznanie się” i zniszczyć siatki niepodległościowe.
Utworzono rozległą mapę więzień i aresztów: od mokotowskiej Rakowieckiej w Warszawie, przez Wronki i Rawicz, po zamki i gmachy adaptowane jeszcze z czasów okupacji niemieckiej, jak Montelupich w Krakowie czy Zamek Lubelski. W każdej większej miejscowości działał areszt PUBP; w wielu z nich powstawały „katownie” – piwnice, strychy, odosobnione pokoje przesłuchań, które według relacji świadków i dokumentów stały się synonimem powojennego terroru.
Topografia cierpienia: od Rakowieckiej po powiatowe piwnice
Więzienia i katownie UB tworzyły swoistą „geografię strachu”. Niektóre lokalizacje obrosły legendą już w latach 40., inne ujawniły pełnię grozy dopiero po dekadach, kiedy otwarto archiwa i przeprowadzono ekshumacje.
- Warszawa, Mokotów (ul. Rakowiecka): centralne więzienie MBP, miejsce osadzania najważniejszych więźniów politycznych. Tu przesłuchiwano i stracono m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego oraz generała Emila Fieldorfa „Nila”.
- Wronki i Rawicz: wielkie więzienia, do których kierowano skazanych w procesach pokazowych. Warunki – ciężkie, z przeludnieniem i rygorem – sprawiały, że pobyt stawał się powolnym wyniszczeniem.
- Montelupich w Krakowie: miejsce kontynuacji kaźni, które jeszcze za okupacji było siedzibą gestapo. Po wojnie UB i Informacja Wojskowa przejęły część infrastruktur i „praktyk”.
- Zamek Lubelski: symboliczna przestrzeń, w której kolejne reżimy więziły i przesłuchiwały przeciwników. Po 1944 roku wciąż słychać tam było echo kroków strażników.
- „Toledo” w Łodzi: potoczna nazwa aresztu UB, znanego z bezwzględnych przesłuchań i izolacji.
- Białystok, „Dom Turka”: powiatowa siedziba UB, której piwnice wspominano jako miejsca nieustannych konwejerów i „stójek”.
Do tego dochodziły dziesiątki mniejszych aresztów powiatowych i miejskich. W wielu z nich standardy sanitarne były dramatyczne: cela pękająca w szwach, prycze z wilgotnej słomy, światło włączone przez całą dobę, co utrudniało sen i rozpoznanie pory dnia. Wyżywienie ograniczano do minimum, a dostęp do opieki medycznej bywał fikcją. Taki system miał działać jak sita: przesiewać, łamać i oddzielać tych, którzy podpiszą „zeznania”, od tych, których należało zlikwidować wyrokiem lub „zatraceniem” w ewidencji.
Jak traktowano zatrzymanych: techniki łamania i mechanizmy izolacji
Aparat bezpieczeństwa wypracował wachlarz metod: od wyrafinowanej presji psychicznej po brutalną przemoc. Zachowane relacje i akta śledcze pokazują pewien wspólny wzorzec.
- Konwejer przesłuchań: wielogodzinne, a czasem wielodniowe przesłuchania prowadzone na zmiany, bez snu dla zatrzymanego. Celem było osiągnięcie stanu wyczerpania, w którym łatwiej wymusić podpis.
- Stójki i pozycje przymusowe: nakaz stania bez ruchu, z rękami uniesionymi lub opartych czołem o ścianę; kary za najmniejszy ruch.
- Izolacja i dezinformacja: pozbawienie kontaktu z rodziną, groźby wobec bliskich, podszywanie się pod współwięźniów, fałszowanie listów.
- Upokorzenie i degradacja: golenie głowy, zabieranie odzieży, zmuszanie do wielogodzinnego marznięcia lub siedzenia w wilgotnym karcerze.
- Przemoc fizyczna: uderzenia pałką, kopnięcia, bicie po stopach, wykręcanie stawów. Choć metody starano się ukrywać, ich ślady utrwalały się w zeznaniach, kartotekach szpitalnych i na ciałach ofiar.
- Wymuszanie zeznań: narzucone protokoły, w których „uzupełniano” treść pod gotową tezę; brak wglądu w akta i odmowa obecności obrońcy na kluczowych etapach śledztwa.
Wszystko to służyło jednemu: fabrykować „siatki”, dopisywać nazwiska, wyciągać informacje o melinach i łącznikach. Nie tylko o „złamaniu” jednostki chodziło – w logice państwa policyjnego liczył się efekt sieciowy. Stąd koncentracja na łączności i logistyce: odcinanie partyzantów od wsparcia, kontrola wsi, rozbijanie rodzin i środowisk, które przez wojnę wspierały Polskie Państwo Podziemne.
Etos niezłomnych: Żołnierze Wyklęci wobec katowni
Na tym tle wyrasta postawa Żołnierzy Wyklętych – ludzi świadomych ryzyka, a jednak odrzucających kompromis, który polegał na wyrzeczeniu się przysięgi i kolegów. To, co ich różniło, to nie tylko konspiracyjna praktyka, ale głęboko zakorzeniony kodeks: „nie podpisuj nieprawdy”, „nie wydawaj”, „mów mniej, niż musisz”. Wielu przeszło przez cele izolacyjne i wyszło z nich niepokonanych – zniszczonych fizycznie, lecz moralnie zwycięskich, bo nie utracili tego, co uznawali za rdzeń polskości.
Rotmistrz Witold Pilecki – żołnierz, który z własnej woli wszedł do Auschwitz, by zorganizować tam ruch oporu – po wojnie został osadzony na Rakowieckiej. W strzępach protokołów widać napięcie między nieugiętością a bezwzględnością śledczych. Jego przykład stał się symbolem, że nawet gdy ciało słabnie, duch może pozostać niezłomny. Podobnie generał Emil Fieldorf „Nil”, dowódca Kedywu AK, który do końca odmawiał podsuwanych mu kłamstw. Ich postawa pokazuje, że człowiek ukształtowany przez służbę jest w stanie wytrwać w najcięższej próbie.
Wielką kartę zapisali dowódcy partyzanccy: Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Łukasz Ciepliński „Pług” – żołnierze, którzy na salach sądowych odmawiali upokorzenia i powtarzali, że stoją po stronie Polski niepodległej. Ich słowa i listy z celi to sokół pamięci, który do dziś krąży nad polską świadomością, przypominając, że sens życia mierzy się miarą wierności.
„Inka” i inne bohaterki: kobiety w oporze i w celi
Nie sposób opowiadać o katowniach UB bez wspomnienia kobiet – sanitariuszek, łączniczek, kurierów, lekarzy i prawniczek, które w konspiracji odnajdywały miejsce wymagające nie mniejszej odwagi niż w lesie. Danuta Siedzikówna „Inka”, sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK, w wieku 17 lat wydawała się bezbronna wobec machiny przemocy. A jednak to ona stała się wzorem postawy, która nie składa broni nawet w obliczu egzekucji; jej grypsy przemycane z celi mówią o wolności sumienia, o tym, że człowiek, który zachowuje wewnętrzną zgodę z prawdą, nie zostaje pokonany.
Wiele z tych kobiet – od Lidii Lwow-Eberle po niezliczone łączniczki i sanitariuszki – tworzyło siatki wsparcia, dzięki którym oddziały w terenie mogły funkcjonować. Więzienia próbowały zniszczyć ich morale metodami psychologicznej presji: obrażanie, groźby, zderzanie z fałszywymi „świadectwami” zdrady. A jednak w ich relacjach powtarza się motyw uporu, modlitwy, solidarności między osadzonymi. Z tej niewidzialnej tkanki rodził się opór, który przetrwał nawet wtedy, gdy fizyczne struktury podziemia znikły.
Język celi: grypsy, modlitwy, znaki oporu
W więzieniach istniała kultura – cicha, wykuwana szeptem. Grypsy pisane mikro-literą na skrawkach papieru, alfabet więzienny stukany przez ścianę, śpiewane szeptem pieśni. To nie drobiazgi, lecz balustrada, która trzymała ludzką psychikę nad przepaścią. Wpisy na cegłach i pryczach – proste daty, inicjały, wezwania – są dziś świadectwem, że ofiary terroru budowały swój język godności.
Wielu osadzonych podkreślało wagę rytmu dnia: wspólne modlitwy, recytacje wierszy, nauka języków, powtarzanie w myślach fragmentów książek. Każdy taki akt był ćwiczeniem wolności wewnętrznej. Tam, gdzie aparat bezpieczeństwa chciał zredukować człowieka do „przypadku ewidencyjnego”, więźniowie stawali się wspólnotą ducha – rozpoznając w drugim ten sam ciężar i tę samą nadzieję.
Procesy pokazowe, cele śmierci, miejsca bez grobów
Ostatnim aktem drogi przez katownie były procesy – z tezą, z „dowodami” dopasowanymi do scenariusza. Publiczność bywała dobrana, prasa gotowa do publikacji. Wyroki zapadały szybko; obrona miała symboliczny charakter. W architekturze represji ważną rolę odgrywały cele śmierci i nocne egzekucje. Strzał za murami więziennymi, potajemny pochówek w nieoznaczonym miejscu – tak wyglądała „ostatnia procedura”.
Symbolem lat wyklęcia stała się „Łączka” na warszawskich Powązkach Wojskowych – kwatera, w której potajemnie grzebano ciała straconych. Dopiero wiele dekad później, dzięki pracom archeologicznym i historycznym, imiona zaczęły wracać. Ishak czasu nie zdołał całkiem wymazać śladów – a gdy wróciły, ujawniły z całą mocą, jak rozległy był zakres represji wobec tych, którzy nie zgodzili się porzucić ideału Polski niepodległej.
Logistyka oporu: siatki, meliny, łączność
Wyklęci nie zwyciężaliby moralnie, gdyby nie umieli działać praktycznie. W zderzeniu z aparatem UB tworzyli sieci oparte na zaufaniu. Łączniczki zmieniały trasy, meliny rotowano, szyfry dostosowywano do rosnącej presji. Zasady konspiracji – unikanie rutyny, podział na małe ogniwa, rezerwowe kanały – czyniły podziemie odpornym. Każde aresztowanie groziło rozsypką, ale też każda próba złamania trafiała na kręgosłup ludzi wypróbowanych przez wojnę.
W regionach takich jak Podlasie, Wileńszczyzna czy Lubelszczyzna oddziały potrafiły łączyć akcje z ochroną mieszkańców przed napadami bandytyzmu – nakładali dyscyplinę, karali za donosicielstwo, ale też potrafili wymóc szacunek wobec ludności cywilnej. Ten wymiar etosu odróżniał ich od struktur, które działały tylko odwetowo; wielu dowódców dbało o to, by żołnierz w terenie był ambasadorem podziemia, a nie jego kłopotem.
Niezgoda na kłamstwo: znaczenie przysięgi i postawy
Czym byli Wyklęci dla pokolenia lat 40. i 50.? Odpowiedzią na pytanie, czy historia kończy się wraz z dekretem nowej władzy. Odmawiając złamania przysięgi, dowodzili, że prawo moralne bywa powyżej układu politycznego. Z tego źródła – prymatu sumienia i prawdy – czerpali siłę. Śledczy mogli dyktować protokoły, ale nie mogli zadekretować, co jest sprawiedliwe; sędziowie mogli orzekać w imieniu państwa, lecz nie w imieniu narodu odmawiającego zgody na upokorzenie pamięci o poległych i żyjących.
Ta niezgoda miała cenę – więzienie, ból, samotność. Lecz w perspektywie dłuższego trwania narodu wykuwała coś więcej niż epizod: budowała wzór, do którego można się odwołać w chwilach próby. Gdy późniejsze pokolenia stawały przed dylematem „gdzie jest granica kompromisu?”, patrzyły na ludzi, którzy przegrali politycznie, lecz zwyciężyli jako świadkowie.
Pęknięcia i cienie: rzeczywistość powojennego chaosu
Nie była to epopeja bez trudnych kart. Powojenny chaos, migracje ludności, osobiste tragedie i prowokacje agenturalne sprawiały, że nie każda decyzja była idealna, a nie każde działanie – pozbawione błędu. Właśnie dlatego rzetelna historiografia rozróżnia między odpowiedzialnością jednostek a istotą zrywu, który w swej intencji i generalnym przebiegu był aktem oporu wobec zniewolenia. Statut i praktyka wielu oddziałów stawiały wysokie wymagania dyscyplinarne, a dowódcy odpowiadali za czystość działań.
Ten krytyczny wgląd nie umniejsza podstawowego faktu: aparat przemocy dążył do zohydzenia całego środowiska przez wybijanie pojedynczych kontrowersji, przemilczając skalę terroru i genezę podziemia. Dziś, gdy możemy zestawiać źródła, obraz staje się pełniejszy – człowieczy i przez to jeszcze prawdziwszy, a zarazem umacniający uznanie dla motywacji, które stały u zarania powojennej walki.
Od śledztwa do pamięci: drogi rozliczenia
Po 1989 roku rozpoczęto żmudny proces przywracania imion i historii. Archiwa otwierały się stopniowo, badacze odkrywali nowe dokumenty, a rodziny – niekiedy po raz pierwszy – mogły złożyć kwiaty na rzeczywistym grobie bliskich. Sądowe unieważnianie wyroków, nadawanie odznaczeń, stawianie pomników – wszystko to składało się na rehabilitację moralną. Dzień 1 marca, ustanowiony Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zwieńczył ten proces symbolicznym gestem: państwo oddaje cześć tym, których niegdyś wykluczyło.
Jednak nawet najpiękniejsze formy upamiętnienia nic nie znaczą bez żywej pracy edukacyjnej. Muzea, lekcje historii, ścieżki pamięci prowadzące przez miejsca dawnych więzień – to narzędzia, które uczą nie tylko faktów, ale i wartości. Wchodząc do dawnych cel czy stojąc przed murem egzekucyjnym, młody człowiek rozumie, że w wolności nie ma nic „oczywistego”; trzeba ją wciąż praktykować, pielęgnować i przekazywać dalej.
Kto zwyciężył? Refleksja o sensie i dziedzictwie
Ponura matematyka terroru mówi o tysiącach zamkniętych, o setkach straconych, o latach spędzonych w karcerach. A jednak to Wyklęci pozostawili dziedzictwo, które w długiej perspektywie okazuje się silniejsze. Zbudowali most między wojennym etosem a tym, co po dekadach zaowocowało społecznym przebudzeniem. W ich losach odnajdujemy przestrogę i inspirację: przestrogę, że państwo pozbawione hamulców może obrócić się przeciw obywatelom; inspirację – że jednostka uzbrojona w system wartości może ocalić siebie i innych.
W tym sensie więzienia i katownie UB są dwojakim znakiem. Z jednej strony – dowodem na to, jak nisko może upaść instytucja, gdy w imię ideologii porzuca prawo i miarę człowieczeństwa. Z drugiej – miejscem, gdzie wielokrotnie objawiała się cicha wielkość: solidarność współwięźniów, lojalność wobec towarzyszy broni, odwaga przeciwstawienia się przemocy bez nienawiści. Ta wielkość promieniuje do dziś, wzywając nas do mądrego korzystania z wolności.
Praktyka pamięci: jak opowiadać o katowniach i bohaterach
Dobre opowiadanie o przeszłości wymaga równowagi: precyzji faktów i żywej narracji. W historii Żołnierzy Wyklętych i więzień UB szczególnie ważna jest praca ze źródłami osobistymi – grypsami, listami, wspomnieniami. To tam bije rytm prawdy, którego nie sfałszuje żadna centrala propagandy. Warto także odwiedzać miejsca pamięci, brać udział w ustnych historiach, słuchać świadków i ich rodzin. Praca dokumentalistów, archeologów i archiwistów pokazuje, jak wiele wciąż możemy odkryć.
Równie ważne jest językowe „odczarowanie” tematu. Zamiast mówić tylko o cierpieniu, mówmy o etosie; zamiast o bezimiennych ofiarach – o konkretnych osobach, ich zawodach, marzeniach, uśmiechach i przyzwyczajeniach. To przywraca pełnię człowieczeństwa i zamienia statystykę w relację o życiu, które domaga się pamięci.
Wartości na trudne czasy
Wreszcie – sens tej opowieści nie kończy się na murach więzień. Jest nim idea, że naród istnieje tak długo, jak długo potrafi bronić swoich fundamentów: wolności osoby, niezależności sumienia i odpowiedzialności za wspólnotę. Żołnierze Wyklęci wierzyli, że Polska to nie jest abstrakcja, lecz wspólny dom, o który dba się codziennie, także wtedy, gdy nie ma defilad. Ich relacje z katowni UB uczą, że nawet w najbardziej beznadziejnych okolicznościach można wybrać wierność temu, co najważniejsze. Taka wierność przemienia porażkę w zwycięstwo pamięci – zwycięstwo, które emanuje spokojem i godnością.
Dlatego, opowiadając o więzieniach i katowniach, nie zatrzymujmy się na cierpieniu. Zobaczmy, jak z tej próby wyłonił się obraz człowieka wolnego: człowieka, który – choć skutego kratami i procedurą – nie oddał tego, co w nim najcenniejsze. Jego los jest przestrogą i drogowskazem. Niesie pewność, że nawet wtedy, gdy drogę znaczy cień, można iść prosto, bo światło prawdy i pamięci pada z przyszłości, którą budujemy dzisiaj, czerpiąc siłę z ich wytrwałości.
