Represje wobec Żołnierzy Wyklętych to jeden z najtragiczniejszych rozdziałów powojennej historii Polski. Po zakończeniu II wojny światowej tysiące polskich żołnierzy podziemia niepodległościowego znalazło się w nowej, dramatycznej sytuacji. Zamiast upragnionej wolności musieli stawić czoła kolejnemu okupantowi – tym razem ze Wschodu. Władza komunistyczna, wspierana przez NKWD, rozpętała brutalny terror przeciwko wczorajszym bohaterom walki z Niemcami. Ci żołnierze, później nazwani Żołnierzami Wyklętymi, byli ścigani, torturowani, skazywani na pokazowych procesach i mordowani skrytobójczo. Niniejszy przewodnik przedstawia genezę i przebieg tych represji w sposób kompleksowy – od tła historycznego, przez metody działania komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, po losy ofiar i ich rodzin. Dowiesz się, kim byli Żołnierze Wyklęci, jak działał aparat represji i jakie były skutki wieloletnich prześladowań antykomunistycznego podziemia.

Kim byli Żołnierze Wyklęci?

Żołnierze Wyklęci (nazywani też żołnierzami niezłomnymi lub członkami drugiej konspiracji) to patrioci, którzy po 1944 roku nie złożyli broni i podjęli walkę z narzuconą siłą władzą komunistyczną. W większości wywodzili się z Armii Krajowej oraz innych formacji podziemnych, które podczas wojny walczyły o wolność Polski. Kiedy front wschodni przesuwał się przez terytorium kraju, wielu żołnierzy AK początkowo witało Armię Czerwoną jako sojuszników w walce z Niemcami. Szybko jednak okazało się, że Sowieci traktują polskie podziemie nie jak sprzymierzeńca, lecz jak wroga. Dla tych mężczyzn i kobiet wojna o niepodległość nie skończyła się w maju 1945 roku – zeszli do lasu, by kontynuować opór przeciwko sowietyzacji Polski.

Skala zjawiska była znacząca. Historycy szacują, że przez powojenne podziemie antykomunistyczne przewinęło się od 120 do 180 tysięcy osób. Tuż po zakończeniu II wojny światowej w lasach nadal działało około 80 tysięcy partyzantów walczących z nową okupacją. Liczby te malały z czasem – częściowo wskutek amnestii, a częściowo na skutek śmierci lub aresztowań. Ostatni ukrywający się żołnierz oporu, Józef Franczak ps. „Lalek”, zginął dopiero w październiku 1963 roku, osiemnaście lat po wojnie. Określenie „Żołnierze Wyklęci” pojawiło się jednak dopiero w wolnej Polsce – przez dziesięciolecia w PRL tych ludzi nazywano bandytami, reakcyjnym podziemiem, zaplutymi karłami reakcji. Byli wyklęci z oficjalnej historii: w podręcznikach i prasie przedstawiano ich wyłącznie w negatywnym świetle, starając się wymazać pamięć o ich bohaterstwie. Mimo to w społecznej świadomości przetrwały legendy o niezłomnych partyzantach, a po upadku komunizmu przywrócono im należne miejsce w panteonie narodowych bohaterów. Zanim to jednak nastąpiło, przez blisko pół wieku doświadczali bezprecedensowych represji.

Sytuacja Polski po II wojnie światowej – geneza oporu

Aby zrozumieć represje wobec Żołnierzy Wyklętych, trzeba najpierw poznać tło historyczne powojennej Polski. Wkroczenie Armii Czerwonej na tereny polskie w 1944 roku przyniosło kres okupacji niemieckiej, ale równocześnie oznaczało nową dominację. Sowieci nie zachowywali się jak wyzwoliciele – traktowali Polskę jak zdobyczny teren, podporządkowując ją politycznie i militarnie Moskwie. Już na wyzwalanych obszarach wschodnich kresów II RP (Wilno, Lwów i inne) dochodziło do pierwszych starć między oddziałami AK a oddziałami NKWD i czerwonoarmistami. Armia Krajowa próbowała współdziałać z Sowietami w ramach akcji „Burza” (m.in. w operacji Ostra Brama wyzwalano Wilno wspólnie), jednak zaraz po odniesionych zwycięstwach następowała zdradziecka pacyfikacja polskich oddziałów. Przykładowo, po wyzwoleniu Wilna w lipcu 1944 r. dowódca AK na Wileńszczyźnie płk Aleksander Krzyżanowski „Wilk” został aresztowany przez NKWD. Tysiące jego żołnierzy również rozbrojono i wywieziono w głąb ZSRR – część trafiła do łagrów na Syberii, inni zostali zmuszeni do służby w Ludowym Wojsku Polskim pod kontrolą komunistów. Podobne scenariusze rozegrały się we Lwowie oraz na innych terenach, które ZSRR zajął i wcielił do swojego państwa.

Na obszarze tzw. Polski Lubelskiej (czyli terenach centralnej i wschodniej Polski, które od lata 1944 znalazły się pod kontrolą komunistycznej administracji PKWN) sytuacja również szybko się zaostrzała. Sowieci dążyli do likwidacji Polskiego Państwa Podziemnego – struktur podległych rządowi RP na uchodźstwie – oraz wszelkich organizacji niepodległościowych. 31 grudnia 1944 r. w wyzwolonym Lwowie NKWD rozpoczęło masowe aresztowania polskich działaczy i oficerów (m.in. ujęto płk. Władysława Filipkowskiego, komendanta lwowskiej AK). Na terenach wcielonych bezpośrednio do ZSRR Polaków czekała fala represji: setki tysięcy cywilów zostało wywiezionych do łagrów, szczególnie ze wschodnich województw przedwojennej RP. Ci, którzy pozostali, poddani byli terrorowi politycznemu i ekonomicznemu (konfiskaty majątku, przymusowe wysiedlenia, antypolska propaganda). Wielu Polaków zdecydowało się na ucieczkę z Kresów w ramach tzw. repatriacji, uciekając przed radzieckim terrorem.

W centralnej Polsce scenariusz powtarzał się na mniejszą skalę. Już latem 1944 r., gdy front dotarł na Lubelszczyznę, rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę akcję rozbrajania oddziałów podziemia i aresztowania osób uznanych za „wrogów nowej władzy”. Armia Czerwona wraz z oddziałami NKWD organizowała sieć więzień i obozów. Wykorzystywano nierzadko infrastrukturę porzuconych przez Niemców obozów koncentracyjnych – np. w Majdanku pod Lublinem utworzono obóz NKWD, gdzie osadzono także akowców. Pod Siedlcami, w miejscowości Krzeslin, NKWD urządziło obóz odosobnienia dla ujętych konspiratorów – więźniów trzymano w prowizorycznych ziemnych dołach o głębokości 8 metrów, wypełnionych wodą po kolana. W takich warunkach śmiertelność była bardzo wysoka. Szacuje się, że między listopadem 1944 a majem 1945 r. co najmniej 50 tysięcy Polaków zostało wywiezionych do obozów pracy na Syberii, a dwa razy tyle osadzono w obozach na terenie Polski. Był to początek masowych represji, które miały złamać ducha oporu i uprzedzić zryw niepodległościowy.

Rząd RP na uchodźstwie w Londynie nie miał realnej możliwości wpłynąć na sytuację. W lipcu 1945 mocarstwa zachodnie cofnęły uznanie dla polskiego rządu londyńskiego, akceptując Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej zdominowany przez komunistów. Żołnierze podziemia stracili tym samym nadzieję na międzynarodową interwencję przeciw sowietyzacji Polski. Mimo to wiele oddziałów nie złożyło broni, licząc na przyszły konflikt Zachodu z ZSRR lub choćby stawiając bierny opór (np. organizacja WiN – Wolność i Niezawisłość – planowała raczej działania polityczne i propagandowe niż otwartą walkę). Komuniści uznawali jednak sam fakt istnienia niepodległościowego podziemia za największą przeszkodę w pełnym przejęciu kontroli nad krajem. Stąd od pierwszych dni nowej Polski konsekwentnie realizowali plan całkowitego rozbicia podziemia – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Komunistyczny aparat represji w Polsce

Działania przeciwko Żołnierzom Wyklętym prowadził rozbudowany aparat represji, stworzony na wzór sowiecki. Główną siłę stanowili funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa (UB), czyli politycznej policji powołanej formalnie już w lipcu 1944 r. (pod nazwą Resort Bezpieczeństwa Publicznego PKWN). W praktyce kadrę UB tworzyli ludzie przeszkoleni przez NKWD – często oddelegowani oficerowie radzieccy lub Polacy wiernie służący Moskwie. U ich boku działali radzieccy „doradcy”, którzy do 1956 roku zajmowali kluczowe stanowiska i nadzorowali działania polskich służb. Polska bezpieka uczyła się metod działania od swoich sowieckich patronów od samego początku – tortury, szantaż, prowokacje i brutalny terror były stosowane według podręczników NKWD. Można śmiało powiedzieć, że polski powojenny aparat bezpieczeństwa był oparty na wzorcach sowieckich – zarówno organizacyjnie, jak i mentalnie.

Poza UB w skład aparatu represji wchodziły także inne formacje. Jedną z nich był Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) – specjalne wojsko wewnętrzne utworzone w 1945 r., liczące kilkanaście tysięcy żołnierzy, przeznaczone do walki z partyzantką niepodległościową. KBW brał udział w obławach na oddziały leśne i pacyfikacjach terenów uznanych za „bandyckie”. Ważną rolę odgrywała również Informacja Wojskowa, czyli osławiony Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego – kontrwywiad wojskowy odpowiedzialny za tropienie „wrogów” w szeregach armii oraz likwidację antykomunistycznych grup w wojsku (to właśnie Informacja aresztowała wielu oficerów AK ujawniających się w 1945 r. w Ludowym WP). Represje wspierała także regularna Milicja Obywatelska (MO), szczególnie jej oddziały zmilitaryzowane. W latach 40. do walki z podziemiem zmobilizowano ogromne siły – według źródeł partyjnych do 1947 roku przeciw partyzantom zaangażowano łącznie około 150–180 tysięcy żołnierzy i milicjantów, wspieranych dodatkowo przez około 75 tysięcy członków ORMO (Ochotniczej Rezerwy MO). Ta ogromna liczba świadczy o skali operacji przeciw rodzimemu podziemiu. Władza nie szczędziła ludzi ani środków, by zdławić opór – przeciwko kilku tysiącom ukrywających się partyzantów rzucono ćwierćmilionową armię bezpieczeństwa.

Komunistyczny aparat bezpieczeństwa był wszechobecny. Każdy obywatel mógł potencjalnie stać się ofiarą podejrzeń – sieć donosicieli (tajnych informatorów) przenikała społeczeństwo, a lokalne struktury PPR (później PZPR) aktywnie wspierały UB w wykrywaniu „reakcyjnych elementów”. Działała też cenzura, blokując jakiekolwiek informacje niezgodne z oficjalną linią. Władza stworzyła atmosferę strachu i niepewności: nikt, kto choćby w najmniejszy sposób był powiązany z dawnym podziemiem, nie mógł spać spokojnie. Całe społeczności lokalne, zwłaszcza we wschodniej i centralnej Polsce, znalazły się pod obserwacją – szukano wszelkich oznak pomocy udzielanej partyzantom. Aparat represji stosował odpowiedzialność zbiorową i działał według zasady, że “lepiej uwięzić dziesięciu niewinnych, niż przepuścić jednego wroga”.

Metody i formy represji wobec podziemia

Represje wobec Żołnierzy Wyklętych miały różnorodne formy – od działań militarnych w terenie, przez skrytobójcze mordy, po wyroki sądowe wydawane w majestacie prawa ludowej Polski. Poniżej przedstawiamy główne metody stosowane przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa w zwalczaniu antykomunistycznego podziemia.

Aresztowania i brutalne śledztwa

Podstawowym narzędziem represji były masowe aresztowania. Już w latach 1944–45 NKWD oraz podległe mu służby bezpieczeństwa zatrzymały dziesiątki tysięcy Polaków. Ludzi wyciągano z domów często nocą, nierzadko bez żadnego oficjalnego nakazu – decydowało podejrzenie o przynależność do AK czy innej organizacji podziemnej. W trakcie akcji pacyfikacyjnych otaczano całe wsie lub powiaty kordonem wojska, po czym wyłapywano mężczyzn w wieku „poborowym” i wszystkich o znanej przeszłości akowskiej. Zatrzymanych czekało niezwykle brutalne śledztwo. Zarówno radzieccy jak i polscy śledczy rutynowo stosowali przemoc fizyczną i psychiczną, by wymusić zeznania lub złamać więźnia. Bicie kolbami karabinów, kopanie, rażenie prądem, przypalanie papierosami, wyrywanie paznokci – to tylko niektóre z metod tortur stosowanych w katowniach UB. Przesłuchania trwały po kilkanaście godzin bez przerwy (tzw. „konwejer”), nie pozwalano spać ani jeść. Wielu aresztowanych umierało podczas śledztwa z powodu obrażeń lub wyczerpania. Innych doprowadzano na skraj obłędu. Celem było wymuszenie obciążających zeznań – na siebie lub na współtowarzyszy. Nawet jeśli partyzant uniknął śmierci w walce i oddał się w ręce władzy, czekało go często piekło wielomiesięcznych tortur w śledztwie.

Los ten spotkał np. legendarnego rtm. Witolda Pileckiego – bohatera z Auschwitz. Został on aresztowany przez UB w maju 1947 r. i przez blisko rok był katowany w warszawskim areszcie śledczym przy ulicy Rakowieckiej. Pileckiego bili tak okrutnie, że połamali mu kości; żonie przekazał gryps, że „Oświęcim to była igraszka” w porównaniu z tym, co zrobili mu ubecy. Mimo tortur nie załamał się i nie podpisał fałszywych zeznań, ale większość pobitych nie miała szans – przyznawali się do rzekomych zbrodni, których nie popełnili, obciążali niewinnych kolegów, byle przerwać cierpienie. Śledczy UB stosowali także szantaż emocjonalny: grożono bliskim, wykorzystywano więzi rodzinne (np. aresztowano narzeczoną lub brata i dręczono ich na oczach oskarżonego, by wymusić współpracę). Do legendy przeszła bestialskość takich funkcjonariuszy jak Józef Różański, Julia Brystygierowa („Krwawa Luna”) czy Adam Humer – ich nazwiska stały się synonimem powojennych tortur.

Więzienia i obozy

Aresztowanych działaczy podziemia czekały ponure miesiące lub lata w komunistycznych więzieniach i obozach pracy. Sieć więzień szybko pokryła cały kraj. Najbardziej ponurą sławą cieszyły się centralne więzienia śledcze MBP – na Zamku Lubelskim, w Warszawie (więzienie mokotowskie na Rakowieckiej, potocznie „Montelupich” w Krakowie, „Toledo” na warszawskiej Pradze przy ul. 11 Listopada), we Wrocławiu, Poznaniu, Białymstoku i wielu innych miastach. Cele były przepełnione, warunki urągały ludzkiej godności. Notorycznie głodzono więźniów, odmówiano opieki lekarskiej, przetrzymywano w ciemnościach lub skrajnych temperaturach. Powszechne były karcery – malutkie, ciemne pomieszczenia, gdzie można było jedynie stać; wsadzano tam więźniów na wiele dni. W więzieniu mokotowskim stosowano tzw. „wersalkę” – skrajnie ciasną celę, gdzie osadzeni musieli spać na zmianę, bo nie było miejsca dla wszystkich na podłodze jednocześnie. Brutalne pobicia zdarzały się nie tylko w śledztwie – strażnicy więzienni również znęcali się nad osadzonymi, często dla sadystycznej przyjemności lub by złamać ich psychicznie.

Obok więzień funkcjonowały obozy pracy i obozy koncentracyjne dla „wrogów politycznych”. Wiele z nich zakładano na bazie hitlerowskich obiektów: poza wspomnianym Majdankiem istniały m.in. obóz w Rembertowie pod Warszawą, obóz w Skrobowie (Lubelskie), obóz w Jaworznie (na Śląsku, w miejscu dawnego podobozu Auschwitz) czy w Mysłowicach. Kierowano tam osoby bez wyroku sądu, na mocy decyzji administracyjnej UB – często tych, którym nie udowodniono winy, ale uznano za „element podejrzany”. Praca ponad siły, nędzne wyżywienie i choroby sprawiały, że śmiertelność w obozach była wysoka. Świadkowie opisywali straszne sceny: w obozie NKWD w Rembertowie umierało z głodu po kilkanaście osób dziennie; ciała potajemnie grzebano w pobliskim lesie, sadząc drzewa na mogiłach, by zatrzeć ślady. W obozie w Krzesimowie koło Lublina rozstrzeliwano grupami schwytanych partyzantów – mówi się o setkach ofiar pogrzebanych w tamtejszych lasach.

W sumie w końcu lat 40. i na początku 50. w więzieniach i obozach stalinowskich przetrzymywano ponad 250 tysięcy więźniów politycznych. Byli to nie tylko byli żołnierze podziemia, ale także członkowie ich rodzin, osoby z ich otoczenia, działacze niepodległościowi, a nawet zwykli ludzie, na których padło podejrzenie współpracy z partyzantką. Wielu z nich nigdy nie doczekało wolności – zmarli z wycieńczenia lub zostali zgładzeni. Ci, którzy przeżyli, często opuścili więzienne mury dopiero po amnestii 1956 roku, wyniszczeni fizycznie i psychicznie.

Operacje wojskowe i obławy

Równolegle z akcjami bezpieki w miastach trwała regularna wojna w terenie. Władze komunistyczne przeprowadziły szereg dużych operacji wojskowych przeciwko zgrupowaniom partyzanckim. Już w 1945 roku wojska NKWD i oddziały ludowego WP przeczesywały lasy w poszukiwaniu oddziałów AK i NSZ. Obławy urządzano nierzadko według schematów z czasów okupacji niemieckiej: otaczano wielki obszar kordonem, a następnie wojsko zacieśniało pierścień. W ten sposób próbowano wyłapać partyzanckie zgrupowania. Jedną z największych akcji pacyfikacyjnych była tzw. Obława Augustowska w lipcu 1945 r. – na terenach Puszczy Augustowskiej oddziały 50. Armii Czerwonej i NKWD zatrzymały ponad 7 tysięcy osób podejrzanych o związek z podziemiem. Spośród nich około 600 osób (głównie młodych mężczyzn) zostało wywiezionych przez Sowietów i ślad po nich zaginął – do dziś uważa się, że wszyscy zostali potajemnie zamordowani, choć miejsc pochówku Rosja nie ujawniła. Obława Augustowska nazywana jest często „Małym Katyniem”, bo była to największa jednorazowa zbrodnia dokonana na Polakach po II wojnie światowej.

W kolejnych latach walki trwały nadal. Oddziały partyzanckie staczały potyczki z grupami operacyjnymi UB, KBW i MO. Największe bitwy miały miejsce w 1945 i 1946 roku. Przykładem może być bój oddziału Hieronima Dekutowskiego „Zapory” z obławą UB-KBW pod Krężnicą Okrągłą w maju 1946 – partyzanci wyrwali się z okrążenia, zadając straty przeciwnikowi. W czerwcu 1946 doszło do dużej bitwy pod Miodusami Pokrzywnymi na Podlasiu, gdzie oddział Stanisława Marchewki „Ryby” starł się z grupą pościgową – mimo przewagi wojska partyzanci zdołali uciec. Takich potyczek i obław były setki. Jednak z każdym miesiącem siły podziemia topniały, a władza zwiększała nacisk. Do walk z leśnymi skierowano nawet regularne oddziały wojskowe z ciężkim sprzętem. W drugiej połowie lat 40. siły bezpieczeństwa urządzały wręcz bitwy: używano broni maszynowej, moździerzy, a nawet czołgów i samolotów do likwidacji bunkrów leśnych.

Szczególną taktyką stosowaną przez bezpiekę było upozorowywanie oddziałów partyzanckich. UB formował grupy operacyjne przebrane w mundury leśnych oddziałów i wysyłał je w teren, by dezinformować ludność i wyłapywać kontaktujących się z nimi kurierów podziemia. Czasem te „fałszywe partyzantki” dopuszczały się okrutnych czynów (np. rabunków czy mordów), by skompromitować prawdziwych Wyklętych w oczach miejscowej ludności. Innym przebiegłym fortelem była operacja „Cezary” – UB stworzył fikcyjną V Komendę WiN (rzekome centralne dowództwo podziemia) i poprzez podstawionych agentów wciągnął w nią wielu ukrywających się żołnierzy, a nawet nawiązał kontakt z wywiadami zachodnimi. W ten sposób do 1952 roku zneutralizowano ostatnie większe siatki konspiracyjne, a w ręce bezpieki wpadło kilkuset konspiratorów przekonanych, że mają do czynienia z autentycznym dowództwem.

Amnestie i prowokacje

Represje przybierały nie tylko formę siłową – komuniści sięgali także po podstęp. Już w 1945 roku zastosowano taktykę „amnestii” dla partyzantów, która w rzeczywistości okazała się pułapką. W marcu 1945 aresztowano legendarnych przywódców Polskiego Państwa Podziemnego (m.in. gen. Leopolda Okulickiego, ostatniego Komendanta AK, oraz delegata rządu Jana Stanisława Jankowskiego) – zaproszono ich na „negocjacje”, po czym uprowadzono do Moskwy i osądzono w pokazowym „procesie szesnastu”. W tym czasie w kraju nowy przewodniczący Organizacji Nie (konspiracji szykowanej na wypadek okupacji sowieckiej) płk Jan Mazurkiewicz „Radosław” zaczął namawiać ujawniających się akowców do skorzystania z oferty amnestii i oddania broni. Powołano Centralną Komisję Likwidacyjną AK, która miała pomóc żołnierzom w legalizacji. Wielu zaufało – w 1945 r. ujawniło się ok. 50 tysięcy konspiratorów. Niestety, oferta okazała się zwodnicza: obiecywano wprawdzie darowanie win, ale równocześnie istniała tajna instrukcja MBP nakazująca internowanie ujawniających się osób. W praktyce więc część byłych partyzantów trafiła od razu do więzień lub obozów, innych objęto dyskretną obserwacją, by uderzyć później.

Podobny schemat powtórzono po dwóch latach. W lutym 1947 roku – tuż po sfałszowanych wyborach do Sejmu, które dały komunistom pełnię władzy – ogłoszono drugą amnestię. Była to szeroko zakrojona akcja propagandowa: zapewniano, że każdy „bandyta” który złoży broń i ujawni się do końca kwietnia 1947, otrzyma przebaczenie i będzie mógł wrócić do normalnego życia. Wobec braku perspektyw kontynuowania walki i po załamaniu się nadziei na pomoc Zachodu, ogromna większość pozostałych oddziałów zdecydowała się skorzystać z tej oferty. Ujawniło się ponad 76 tysięcy osób – zarówno żołnierzy, jak i osób wspierających podziemie. Również i tym razem władze wykorzystały tę okazję perfidnie. Co prawda wielu ujawnionych początkowo pozostawiono na wolności, ale dane personalne i informacje z ankiet posłużyły UB do rozpracowania środowisk. Przez kolejne miesiące i lata sukcesywnie aresztowano byłych partyzantów, zwłaszcza jeśli podejrzewano, że ukrywają broń lub utrzymują kontakty z niedobitkami podziemia. Amnestia stała się więc dla bezpieki cennym źródłem wiedzy i faktycznie przyczyniła się do rozbicia zorganizowanego oporu. Wielu żołnierzy, którzy zaufali obietnicom amnestii, przypłaciło to życiem lub długoletnim więzieniem – wpadli w sieć zarzuconą przez bezpiekę.

Nie brakowało też mniejszych prowokacji. Bezpieka chętnie posługiwała się zdrajcami wewnątrz organizacji podziemnych. Do struktur WiN i innych grup przenikali tajni agenci. Słynnym agentem-prowokatorem był np. Romuald Minkiewicz ps. „Wiktor”, który udając emisariusza z zagranicy, zdobył zaufanie IV Zarządu WiN, po czym wydał UB całe kierownictwo. Wielu partyzantów wpadało też przez nieświadomą współpracę – pisali listy do rodzin czy dawnych znajomych, które UB przechwytywało i na tej podstawie namierzało kryjówki w lesie. Innym sposobem było pozostawianie „wolnej drogi ucieczki” podczas obławy – kierunku, w którym czekała zasadzka lub zaminowany teren. Każdy chwyt był dozwolony, byle wyeliminować wroga. Komunistyczny aparat represji nie cofał się przed łamaniem własnego prawa i honoru żołnierskiego – dla nich walczący o wolność żołnierze niepodległościowi byli bandytami, których należało oszukać i zniszczyć wszelkimi metodami.

Pokazowe procesy i wyroki śmierci

Jednym z filarów powojennych represji stały się procesy pokazowe. Władze PRL bardzo chciały nadać swoim działaniom pozory legalności i sprawiedliwości ludowej, dlatego wielu przywódców oraz zwykłych członków podziemia postawiono przed sądami (często przed wojskowymi sądami rejonowymi lub Wojskowym Sądem Garnizonowym). Oskarżenia formułowano językiem propagandy: Żołnierzy Wyklętych nazywano „faszystami”, „reakcyjnymi bandytami”, „zdrajcami narodu na usługach imperializmu”. Procesy te w rzeczywistości były z góry wyreżyserowane – wyroki ustalano na polecenie bezpieki i partii, zanim sprawa trafiła na wokandę. Oskarżonym odbierano prawo do obrony: adwokaci z urzędu zazwyczaj współpracowali z władzami albo bali się bronić swoich klientów. Dowody często opierały się na wymuszonych w śledztwie zeznaniach. Wiele procesów odbywało się za zamkniętymi drzwiami, ale bywały też jawne spektakle propagandowe, na które zwożono „publiczność” złożoną z zaufanych aktywistów partyjnych, aby demonstrowali potępienie dla „wrogów ludu”.

Zapadały drakońskie wyroki. Kara śmierci była orzekana nagminnie za czyny, które przedstawiano jako bandytyzm lub zdradę. W praktyce skazywano ludzi na śmierć za to, że walczyli o niepodległy kraj. Ilu Żołnierzy Wyklętych stracono? Dokładne dane wciąż są badane, ale szacuje się, że w więzieniach NKWD i UB oraz na mocy wyroków sądów zamordowano co najmniej 20 tysięcy osób zaangażowanych w powojenny opór. Wyroki śmierci wykonywano zazwyczaj szybko, w ciągu kilku dni lub tygodni od procesu, w głębokiej tajemnicy. Skazańców rozstrzeliwano w podziemiach więzień lub w ustronnych miejscach, wczesnym rankiem, często strzałem w tył głowy (po sowiecku). Zwłoki grzebano potajemnie w nieoznaczonych dołach, żeby rodziny nie mogły urządzić pogrzebu ani miejsca pamięci. Wiele ciał wrzucano do wspólnych mogił na cmentarzach komunalnych lub leśnych uroczyskach, przysypując wapnem i maskując teren.

Kilka procesów stało się szczególnie symbolicznych dla skali komunistycznego bezprawia. Na przykład proces rotmistrza Witolda Pileckiego i jego współpracowników w marcu 1948 r.: bohater Auschwitz usłyszał wyrok śmierci za rzekome szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu. Podczas rozprawy nie dopuszczono jawności ani niezależnych obserwatorów, a sędzia – słynny później ze swej gorliwości – podporządkował się instrukcjom MBP. Pilecki został stracony strzałem w tył głowy 25 maja 1948 r. w więzieniu mokotowskim. Jego ciała rodzina nigdy nie odnalazła (dopiero po 2012 r. ekshumacje na tzw. Łączce w kwaterze „Ł” Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie ujawniły szczątki wielu pomordowanych, wśród nich prawdopodobnie także Pileckiego).

Innym pokazowym procesem był proces VII Zarządu Głównego WiN w 1950 r., gdzie sądzono przywódców ostatniej dużej organizacji podziemnej. Pułkownik Łukasz Ciepliński i sześciu jego podkomendnych zostali skazani na śmierć i straceni tego samego dnia – 1 marca 1951 roku. Przed egzekucją Ciepliński pisał grypsy do żony i synka, w których żegnał się i wyrażał wiarę, że przyjdzie kiedyś wolna Polska pamiętająca o ich ofierze. Te listy więzienne po latach ujawniono i stały się przejmującym świadectwem niezłomności – dzień 1 marca wybrano po 1989 r. na Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych właśnie w rocznicę śmierci Cieplińskiego i jego towarzyszy.

Wyroki śmierci dotknęły także wielu innych dowódców i legendarnych postaci polskiego podziemia. Generał August Emil Fieldorf „Nil”, były dowódca Kedywu AK i zastępca Komendanta Głównego AK, został aresztowany w 1950 r. i mimo że odmówił współpracy, sfabrykowano przeciw niemu zarzuty o wydawanie rozkazów zabijania radzieckich partyzantów. Skazano go w 1952 r. na śmierć i powieszono w lutym 1953 w więzieniu na Mokotowie – tuż przed śmiercią Stalina. Major Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, słynny dowódca 5 Wileńskiej Brygady AK, po ujęciu w 1948 również został stracony (w 1951 r.). Podobny los spotkał mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapora” – dowódcę oddziałów na Lubelszczyźnie: w wyniku zdrady został schwytany i w 1949 r. rozstrzelany wraz z sześcioma podkomendnymi. Danuta Siedzikówna „Inka”, zaledwie 17-letnia sanitariuszka z brygady Łupaszki, po brutalnym śledztwie została skazana na śmierć i rozstrzelana w sierpniu 1946 r., mimo że nawet prokurator wnioskował o ułaskawienie (jej ostatnie przesłane słowa brzmiały: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba” – świadczące o niezłomnej postawie). Takich nazwisk są dziesiątki: Feliks Selmanowicz „Zagończyk” (weteran AK, rozstrzelany razem z „Inką”), Stanisław Kasznica (ostatni komendant NSZ, stracony 1948), Gen. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (założyciel Konspiracyjnego Wojska Polskiego, stracony 1947), Mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” (jak wyżej, stracony 1951), Płk Kazimierz Mirecki „Żmuda” (WiN Rzeszów, stracony 1952) i wielu innych oficerów, podoficerów i szeregowych. Każdy taki wyrok miał zastraszyć społeczeństwo i odrzeć podziemie z chwały – komuniści chcieli pokazać, że nie ma litości dla nikogo, nawet dla najbardziej zasłużonych wojennych bohaterów.

Skrytobójcze mordy i pacyfikacje

Nie wszyscy Żołnierze Wyklęci ginęli w świetle prawa (choćby tego fałszywego prawa ludowego). Liczne były przypadki pozaprawnych egzekucji – po cichu, bez świadków i bez późniejszej wzmianki w aktach. Jeżeli oddział KBW czy UB rozbił jakąś grupę partyzancką w terenie, często rannych dobijano na miejscu, nawet jeśli się poddali. Schwytanych bez broni potajemnie rozstrzeliwano na uboczu, meldując przełożonym np. o „próbie ucieczki”. Ciała ukrywano. Tak zginęło wielu niżej rangą żołnierzy podziemia, których nazwisk nigdy nie poznano – zatarła je propaganda, wpisując ich jako „NN bandytów”. Również pojedyncze osoby podejrzane o współpracę z podziemiem bywały mordowane przez funkcjonariuszy w „nieznanych okolicznościach”. Często nawet po latach, już w okresie względnego spokoju, dochodziło do tajemniczych śmierci dawnych partyzantów. Przykładem może być sprawa Antoniego Żubryda, dowódcy oddziału NSZ na Podkarpaciu: zginął w październiku 1946 r. zastrzelony w lesie wraz z żoną Janiną (która była w ciąży). Zabójcą okazał się agent UB podający się za przewodnika pomagającego Żubrydom w ucieczce – prawdopodobnie miał zlecenie likwidacji obojga. Tego typu skrytobójstwa były środkiem eliminacji niewygodnych osób bez konieczności prowadzenia procesu.

Innym wymiarem represji były pacyfikacje całych miejscowości, które uchodziły za przychylne partyzantom. Tu władze PRL także wzorowały się na metodach okupanta niemieckiego i wcześniejszych stalinowskich praktykach. W latach 1945–47 oddziały UB, KBW i NKWD kilkukrotnie dokonywały spalenia wsi bądź miasteczek w odwecie za pomoc udzielaną „bandom”. Na Lubelszczyźnie głośne były pacyfikacje takich ośrodków oporu jak Łuków, Włodawa, Zamość czy Grażyna (okolice Parczewa) – mieszkańców szykanowano, wielu aresztowano, dochodziło do egzekucji. Drastycznym przykładem jest Wąwolnica koło Kazimierza Dolnego: 2 maja 1946 r. funkcjonariusze UB spalili znaczną część zabudowy tej wsi w ramach kary zbiorowej za rzekome schronienie udzielane partyzantom. Podczas akcji ginęli przypadkowi ludzie, a pozostali mieszkańcy byli bici i terroryzowani. Takie pokazowe akcje miały złamać opór ludności – przekaz był jasny: każda wieś, która pomaga leśnym, może zostać zrównana z ziemią.

Nie tylko ogień był bronią zastraszenia. Zdarzały się przypadki publicznych egzekucji – np. powieszenie na rynku, pozostawienie ciał z karteczką „bandyta” na pokaz – aby wywołać strach. Milicja potrafiła przyprowadzić rannego, schwytanego partyzanta do jego rodzinnej wsi i tam go demonstracyjnie dobić na oczach mieszkańców, by nikt nie śmiał pójść w jego ślady. Nierzadko dokonywano gwałtów na kobietach z rodzin podejrzewanych o sprzyjanie podziemiu czy zajmowano siłą ich gospodarstwa. Polscy komuniści przejęli od Sowietów szerokie pojmowanie pojęcia „wróg ludu” – za wroga uznawano całe rodziny i społeczności, jeśli tylko ktoś spośród nich działał przeciw władzy. Podobnie jak Stalin w latach 30. likwidował całe rodziny „zdrajców ojczyzny”, tak i u nas starano się zdusić możliwość odwetu czy kontynuacji walki w przyszłych pokoleniach.

Represje wobec rodzin i ludności cywilnej

Komunistyczny terror nie ograniczał się bynajmniej do samych żołnierzy podziemia. Represje dotknęły również rodziny, bliskich oraz cywilnych współpracowników Żołnierzy Wyklętych. Była to świadoma polityka – w myśl zasady odpowiedzialności zbiorowej władze uważały, że tylko represjonując całe środowiska, zdołają skutecznie zastraszyć resztę społeczeństwa.

Najbliżsi partyzantów często stawali się pierwszymi ofiarami. Żony, rodzice, rodzeństwo – wszystkich ich traktowano jak potencjalnych pomocników „bandytów”. Już w trakcie obław na oddziały leśne zabierano ze sobą osoby cywilne związane z poszukiwanymi. Funkcjonariusze UB nachodzili rodzinne domy ukrywających się żołnierzy, urządzali rewizje, konfiskowali dobytek, a nierzadko aresztowali domowników. Matki i ojcowie byli bici i zmuszani do zdradzenia kryjówki syna. Żony trafiały do więzienia pod zarzutem „ukrywania bandyty” albo jako zakładniczki – by wymusić na mężu poddanie się. Dzieci również nie były oszczędzane: zdarzały się przypadki, że nastoletnie córki czy synów aresztowanego leśnego więziono i przesłuchiwano dla wywarcia presji.

Represje wobec rodzin przybierały czasem makabryczny charakter. Wspomniana historia Antoniego Żubryda i jego żony Janiny jest tego przykładem – Janina została zastrzelona razem z mężem, choć była cywilem (miała co prawda stopień kuriera NSZ, ale faktycznie zginęła tylko dlatego, że była żoną „wroga władzy”). Innym wstrząsającym przypadkiem była śmierć Janiny Przysiężniak „Jagi” – 23-letniej żony dowódcy oddziału AK Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. W marcu 1945 r. UB aresztowało ciężarną Janinę, próbując wydobyć z niej informacje o mężu. Gdy prowadzono ją przez las jako zakładniczkę w poszukiwaniu oddziału, jedna z obstawiających ją milicjantów skinął głową zachęcająco w stronę dziewczyny – dając do zrozumienia, by uciekała. Zdezorientowana Janina rzuciła się biegiem, licząc na ratunek, ale drugi z eskortujących ubeków bez ostrzeżenia strzelił jej w plecy z pepeszy. Młoda kobieta upadła martwa – zginęła w szóstym miesiącu ciąży. Tak brutalnie rozprawiono się z osobą, której jedyną „winą” było małżeństwo z partyzantem.

Nie zawsze posuwano się do mordu – często jednak życie rodzin Wyklętych zamieniano w koszmar długoletnich szykan. Maria Chojecka, żona komendanta Narodowego Zjednoczenia Wojskowego na Mazowszu Antoniego Chojeckiego ps. „Ślepowron”, latami szukała informacji o losie męża (aresztowano go w 1946 i stracono po torturach). W odpowiedzi sama trafiła na 24 godziny do aresztu, gdzie grożono jej, że „podzieli jego los”. Chojecką zwolniono, ale załamana i wyniszczona psychicznie kobieta zmarła niedługo potem, w 1957 roku, prawdopodobnie w wyniku traum i zszarganego zdrowia.

Dzieci Żołnierzy Wyklętych także poniosły konsekwencje. Władza zadbała, by piętno „potomka bandyty” ciążyło na nich przez całe życie. W aktach personalnych wielu ludzi pojawiał się zapis o pochodzeniu – syn lub córka „wroga ludu”. Takie osoby nie mogły dostać się na studia, były odrzucane przy rekrutacji do szkół i na uczelnie, bez podania oficjalnej przyczyny. W pracy nie miały szans na awans, często odmawiano im zatrudnienia w administracji czy w przedsiębiorstwach państwowych. Nierzadko były inwigilowane przez SB także w dorosłym życiu, aż do lat 80., z obawy że mogą kontynuować „wrogią tradycję” rodziców. Żyły ze świadomością, że każde ich potknięcie może zostać surowo ukarane. W efekcie wiele rodzin żołnierzy podziemia zostało zepchniętych na margines społeczny – żyli w biedzie i zapomnieniu. Dopiero po 1989 r. prawda o ich losach mogła zostać ujawniona.

Nie tylko najbliższa rodzina była narażona. Ludność cywilna, która okazywała pomoc partyzantom – np. dając nocleg, jedzenie, ostrzegając przed obławą – również była surowo karana. Na wsiach ogarniała ludzi atmosfera strachu: jeśli w okolicy działał oddział leśny, mieszkańcy mogli spodziewać się kontroli, represji, a nawet pacyfikacji. Wielu rolników trafiło do więzień tylko dlatego, że nakarmili głodnego partyzanta lub pozwolili odpocząć w stodole. Karano także za najmniejsze przejawy wsparcia, jak przekazanie informacji czy drobnej kwoty pieniędzy. Aresztowania tysięcy wieśniaków podejrzanych o sprzyjanie podziemiu nastąpiły zwłaszcza po 1946 roku, gdy władza ludowa umocniła się na tyle, by otwarcie rozprawić się ze społecznym zapleczem partyzantki.

Wspólnota lokalna również ponosiła konsekwencje: tam, gdzie oddziały często bywały, ludzie mogli spodziewać się odwetu ze strony aparatu bezpieczeństwa. Wiedząc o tym, partyzanci starali się nie narażać ludności – często zmieniali miejsca pobytu, dzielili na mniejsze grupy, wybierali kryjówki z dala od zabudowań. Bywało, że zanim wykonali akcję zbrojną, uprzedzali okolicznych mieszkańców, by ci w razie śledztwa mieli alibi lub zdążyli ukryć się przed ewentualną obławą. Mimo tych środków ostrożności narastał strach, który stopniowo ostudzał zapał części społeczeństwa do pomocy podziemiu. Ludzie mieli świeżo w pamięci metody gestapo i SS, a teraz widzieli podobny terror ze strony własnego rządu – to budziło przerażenie i poczucie bezsilności.

Z czasem w wielu regionach wsie zaczęły „zamykać drzwi przed obcymi”. Każdy nieznajomy budził podejrzenia – mógł być zarówno partyzantem, jak i przebierańcem z UB polującym na informatorów. W takiej atmosferze paranoi cywile woleli dmuchać na zimne i nie angażować się po żadnej stronie. Oczywiście istniały też wsie nastawione jawnie prorządowo (tzw. „czerwone wsie”), których mieszkańcy wydawali leśnych za garść przywilejów czy z ideologicznej wrogości. Jednakże większość społeczeństwa polskiego sympatyzowała z partyzantami – szczególnie na terenach, które doświadczyły okupacji sowieckiej już w latach 1939–41 (np. Białostocczyzna). Tam ludzie wiedzieli, czym grozi władza bolszewicka, więc częściej sprzyjali ukrywającym się żołnierzom. Mimo to, wobec narastającego terroru, poparcie to stawało się mniej otwarte. Strach narastał w społeczeństwie – nawet po całkowitym zniszczeniu podziemia pamięć o represjach sprawiała, że długo jeszcze zwykli ludzie bali się przyznać do związków z „bandytami” lub choćby mówić o nich pozytywnie.

Skutki i znaczenie powojennych represji

Represje wobec Żołnierzy Wyklętych odniosły swój doraźny cel – komunistyczne władze zdołały zdławić zbrojny opór i utrwalić swoje rządy na dziesięciolecia. Cena tego „sukcesu” była jednak straszliwa. Podziemie niepodległościowe zostało praktycznie wyniszczone: tysiące najlepszych synów i córek narodu polskiego poległo w lasach, zostało straconych lub zamęczonych w więzieniach. Szacuje się, że łącznie zginęło co najmniej 20 tysięcy żołnierzy podziemia, a być może więcej – wielu zaginęło bez śladu, zostali pochowani w bezimiennych grobach. Kolejne dziesiątki tysięcy trafiły na długie lata do więzień, gdzie przeszli przez piekło tortur i upokorzeń. W rezultacie, już na przełomie lat 40. i 50., zorganizowana działalność zbrojna praktycznie ustała. Po 1947 roku w lasach pozostawały już tylko nieliczne grupy, a po 1950 – pojedyncze kilkuosobowe oddziały i samotnie ukrywający się „ostatni mohikanie”. Ostatnie strzały tej wojny domowej padły w pierwszych latach 50. (choć symbolicznie ostatni Żołnierz Wyklęty – wspomniany Józef Franczak – zginął jeszcze dekadę później, to jednak była już jednostkowa sytuacja).

Dla społeczeństwa polskiego stłumienie oporu zbrojnego oznaczało umocnienie reżimu komunistycznego. Strach, jaki zasiano w latach walk z podziemiem, długo odciskał piętno na postawach ludzi. Wiele rodzin nosiło w sercach traumę i żałobę po bliskich, ale zmuszone były milczeć – otwarte upamiętnianie „bandytów” groziło represjami. W domowym zaciszu przekazywano co najwyżej szeptem dzieciom prawdę o ojcu czy bracie, jednak publicznie wszyscy musieli potwierdzać oficjalną wersję historii. W konsekwencji całe pokolenie wyrosło w zakłamanej rzeczywistości, gdzie bohaterami mieli być utrwalacze władzy ludowej, a patrioci z AK przedstawiani byli jako złoczyńcy. Taki odwrócony dekalog wartości odcisnął piętno na świadomości narodowej.

Jednocześnie represje nie złamały do końca ducha niepodległościowego. Wielu z ocalałych po cichu pielęgnowało pamięć. Część byłych żołnierzy Wyklętych, po wyjściu z więzień w połowie lat 50., próbowała ułożyć sobie życie, choć byli pod stałym nadzorem. Niektórzy włączyli się później w działalność opozycyjną lat 70. i 80., dążąc do obalenia komunizmu innymi metodami. Tragiczne doświadczenia nauczyły ich jednak ostrożności – wiedzieli, jak brutalny może być aparat represji i jak wielkie koszty niesie walka.

Represje wobec rodzin i bliskich trwały formalnie aż do schyłku PRL. Jeszcze w latach 80. dzieci dawnych partyzantów miały utrudnioną drogę awansu, a bezpieka inwigilowała środowiska kombatanckie AK, obawiając się odrodzenia „wrogiej ideologii”. Dopiero upadek komunizmu w 1989 roku położył kres prześladowaniom politycznym tej grupy. W wolnej Polsce nastąpiła rehabilitacja skazanych – unieważniono wyroki stalinowskich sądów, potępiono bezprawie UB i SB. Żołnierze Wyklęci odzyskali dobre imię, choć niestety dla wielu pośmiertnie. Rozpoczęto także poszukiwania miejsc pochówku ofiar – prace archeologów i IPN doprowadziły do odkrycia tajnych mogił na warszawskiej „Łączce” i w innych miejscach. Udało się zidentyfikować szczątki m.in. Danuty Siedzikówny „Inki”, Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” i wielu innych – po dziesięcioleciach mogli otrzymać godny pogrzeb z honorami.

W 2011 roku w polskim kalendarzu pojawił się Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych (obchodzony 1 marca, w rocznicę stracenia kierownictwa IV Zarządu WiN). Był to symboliczny akt oddania hołdu wszystkim bojownikom antykomunistycznego podziemia. Dziś Żołnierze Wyklęci są upamiętniani pomnikami, tablicami, nazwami ulic. Ich losy nadal budzą emocje i zainteresowanie, stanowiąc ważną lekcję historii o cenie wolności i o tym, jak totalitarny system potrafił zgotować piekło swoim przeciwnikom.

Represje wobec Żołnierzy Wyklętych pozostają przestrogą, do czego prowadzi nienawiść ideologiczna i zawłaszczenie państwa przez aparat terroru. Ten rozdział historii Polski pokazał niezwykłe bohaterstwo i poświęcenie ludzi, którzy nawet w obliczu tortur i śmierci nie wyrzekli się ideałów. Pokazał też okrucieństwo systemu, który próbował zniszczyć pamięć o nich. Mimo wysiłków komunistów, pamięć przetrwała – a dziś prawda o powojennych represjach jest częścią narodowej świadomości. To hołd dla tysięcy ofiar i lekcja, że walka o wolność może wiązać się z ogromnym cierpieniem, ale idea, o którą się walczy, potrafi przetrwać najgorszy terror.